Nowy Jork jest brudny. Nowy Jork jest szary. Pogoda jest ciężka i nie wszyscy są uśmiechnięci. Generalnie Hong-Kong ma wyższe budynki, w Sydney jest cieplej, a San Francisco jest bardziej wyluzowane. Zachęcający opis? Pewnie nie. Mimo to, mnóstwo ludzi wciąż czuje jakąś magiczną więź z tym miastem. Powodów może być kilka.
Pierwszy z nich jest bardzo prosty. Nowy Jork to Nowy Jork. Kropka. Jak mówisz, że tam lecisz, większość pomyśli „wow”. Jeśli do tego dołożysz „lecę na shopping na 5th Avenue”, to dochodzi jeszcze szpan. Kiedy mówisz „lecę tam zrobić biznes z kontrahentem”, to mamy prestiż. Kiedy powiesz „lecę tam po prostu dobrze się zabawić”, każdy przekalkuluje szybko, ile ma dni urlopu, ile na koncie i pomyśli „cholera”.
Nie o takich powodach będę pisał. To nie o taką magiczną więź chodzi. Te powody są bardziej przyziemne / racjonalne / zwykłe (niepotrzebne skreślić). Prawdziwa magia tego miejsca jest gdzieś indziej.
Nowy Jork był i pewnie nadal jest, jednym z głównych kierunków emigracyjnych na świecie. Po co ludzie emigrują? Żeby zarobić, żeby odłożyć, kupić samochód, utrzymać rodzinę, uciec od problemów, rozpocząć nowe życie. W skrócie – żeby w końcu spełnić swoje cholerne marzenia. Zrobić to, co siedzi tak głęboko w nich, wydaje się niemożliwe, ale jest konieczne do szczęścia. Ludzie nie emigrują po to, żeby tylko zarobić. Emigrują po to, żeby mieć godne życie, w krótszej czy dłuższej perspektywie. Po to, żeby ich dziecko mogło iść na studia. Po to, żeby w końcu kupić Mustanga, zalać go do pełna i przejechać autostradą krzycząc „udało mi się” albo „chrzanię to wszystko”. To jest emigracja. To są marzenia. To jest Nowy Jork i to jest właśnie ta magia.
Kiedy tam będziesz, wsiądziesz na prom i przepłyniesz obok Liberty Island, popatrz na Statuę Wolności inaczej. Wyobraź sobie osobę, która emigrowała. Pierwszy raz wyjechała za granicę. Właśnie przeprowadza się do Ameryki, żeby zacząć żyć. Płynie statkiem. Pierwsze co widzi to Statua Wolności. Wolności. Wszystko co trzymało tą osobę przy ziemi, zostało w domu. Jest wolna i pisze nową stronę w swojej książce. Wierzy, że będzie jak Rockefeller, czy J.P. Morgan. Wierzy, że za kilka lat stanie gdzieś na Brooklynie i patrząc na panoramę Manhattanu podniesie rękę do góry. Może nie jak Statua trzymając pochodnię, ale z zaciśniętą pięścią. Powie wszystkim dupkom, którzy nie wierzyli „udało mi się”.
Nie możesz o tym nie wiedzieć lecąc do Nowego Jorku. To właśnie spełniające się marzenia są duszą tego miasta. Nie wieżowce, mosty, sklepy, giełda. Musisz zobaczyć Empire State Building, Brooklyn Bridge, 5th Avenue i Wall Street. Nie zapominaj jednak o historii tych miejsc. Zostało to zbudowane na marzeniach i przez marzenia.
Dziś Nowy Jork jest na pewno inny. Pieniądze, koncerny, lobbing to większość, co o nim słychać. Cały czas jednak unosi się nad nim mgła spełnionych marzeń i dążenia do celu. Coś, co motywuje i sprawia, że wierzysz w siebie.
Jeśli poczujesz tę magię, Nowy Jork będzie miastem, które pozwoli ci oddychać.

