Winna Mendoza!

Winna Mendoza!

Mendoza. Do niedawna nazwa tego miasta kojarzyła mi się jedynie z wredną kobietą. Teraz już wiem, że to kraina winem płynąca.

Twoja wycieczka po Argentynie prawdopodobnie zahaczy o to miejsce. My dotarliśmy tam z Chile. Do Mendozy można dotrzeć malowniczą drogą z Santiago de Chile. Przecina ona Andy i sama w sobie jest niezłym przeżyciem. Kiedy będziesz już po argentyńskiej stronie, za szybą zaczniesz zauważać uprawy winorośli. Pięknie położone, rządki równe jak armia Korei Północnej podczas pokazu broni, w tle wysokie góry przykryte śniegiem. Nawet butelka wina nie dałaby tyle przyjemności co taki widok. Już wiesz, że warto było tu zajechać.

Z hotelu ruszyliśmy około 10 rano. Początkowo chcieliśmy wypożyczyć rowery w mieście i pojechać do Maipu. Miejscowości zaraz pod Mendozą, która oferuje chyba największy wybór winiarni. W wypożyczalni jednak powiedziano nam, że to zły pomysł. Lepiej jechać autobusem miejskim do Maipu i tam wypożyczyć rower. Tak więc zrobiliśmy. Odległość nie jest zabójcza, spokojnie dałoby się tam dojechać z Mendozy. Po całym dniu jazdy po winiarniach i kilku degustacjach, dobrze jest jednak posadzić się w autobus i być w Mendozie po 25 minutach, niż pedałować przez ponad godzinę.

W wypożyczalni rowerów w Maipu dostaliśmy mapkę z zaznaczonymi winiarniami. Wstęp do każdej to 35 peso, czyli około 15 zł. W tym jest krótka opowieść o winiarni i degustacja 3 rodzajów wina. Jeśli lubisz wino, będziesz zachwycony. Ja lubię wino, ale nie do końca lubię całą otoczkę, jaka jest wokół tego trunku. Wiem, że są pewne zasady. Warto się go napić w kieliszku z dobrego szkła, najlepiej mając jakieś przystawki albo dobry obiad. Nie warto ciągnąć go z gwinta pod chipsy. Wiem, wiem. No ale jak stoję i przez 10 minut słucham kobiety mówiącej o barwie smaku danego wina, że jest tam nuta dębowej beczki, zakręcona odrobiną wiśni z aromatem śliwki i że to wino ma charakter kapryśny i jest dla osób, które wiedzą czego chcą, a potem biorę łyka (chociaż „łyka” to za dużo powiedziane, wina w kieliszku jest tyle, że gdybym nie wiedział, że pije się małe lampki, to pomyślałbym, że dała mi kieliszek po kimś , kto nie dopił) i po raz kolejny myślę „wino jak wino”.

Wiem, że pewnie moje kubki smakowe po prostu tego nie wyłapują. Oczywiście czuje różnicę, między konkretnymi rodzajami, ale to tak jak z rodzajami chleba. Czujesz różnicę, masz ulubiony, ale generalnie wszystkie są OK i chętnie sięgniesz po każdy. Przed nami degustację wina przeprowadzały dwie amerykańskie nastolatki. Wzięły kieliszki do ręki, przybliżyły do nosa, powąchały, oddaliły kieliszek. Następnie pokręciły nim po stole, jak dzieci bączkiem po podłodze i w końcu zdecydowały się skosztować. Zamoczyły usta, oblizały je. Na chwilę się zatrzymały, po czym powiedziały: no faktycznie kapryśna wiśnia z aromatem śliwki. Potem pani z winiarni im mówiła, że to cabernet-sauvignon, że rośnie tam i tam i wymaga tego i tego. Na co jedna z dziewczyn „u nas w Kalifornia też są CABS”. Kiedy usłyszałem skrót pięknie brzmiącego cabernet-sauvignon, jako skrótowe „cabs” (jakby to była jakaś taksówka), to już byłem pewien, że takie z nich znawczynie wina, jak ze mnie. Tylko że ja nie udawałem. Podniosłem kieliszek, powąchałem i spróbowałem. Dziękuje, smakuje mi. Dziękuję, to mi mniej smakuje. I tyle.

Pojechaliśmy potem do kolejnej winiarni i tam zatrzymaliśmy się coś przegryźć i spróbować kolejnego wina. Tym razem jednak nie wzięliśmy opcji degustacji, tylko po prostu zamówiliśmy lampkę. W końcu dostaliśmy normalnie napełniony kieliszek. Wtedy też bardziej poczułem magię tego miejsca. Przed nami góry i pola uprawne, na talerzu empanada, pięknie podana. Z góry delikatne słońce. W takich warunkach wino smakuje lepiej. Z chęcią patrzyłem przed siebie, piłem wino i czułem jak zmiękcza mi zmysły.

Wokół nas byli sami Amerykanie. Nie widziałem nikogo z Argentyny. Ci ludzie pewnie byli właśnie w domu. Siedzieli przy stole z rodziną. Na stole mieli kilka otwartych butelek wina. Ich kieliszki były odpowiednio napełnione. Nikt nie wąchał i nie cmokał szkła. Wszyscy jedli, pili i cieszyli się. Bez etykiety, a po prostu ze szczerym uśmiechem.