Tajski masaż

Tajski masaż

Nigdy wcześniej nie byłam na masażu. I w końcu przyszła okoliczność, szansa na prawdziwy masaż i to tajski. W samym sercu Tajlandii, w Bangkoku. Mało tego miałam okazję na masaż w najlepszym miejscu w tym mieście, w ekskluzywnym SPA, za całe 50 zł za 120 minut! U nas ta przyjemność kosztuje od 100 zł w górę. Także oferta trafiła mi się niesamowita.

Health Land, bo tak nazywało się to SPA, wyglądało dobrze, a nawet bardzo dobrze. Szczerze mówiąc, dziwnie czułam się na początku nawet w holu, gdzie wszystko było takie eleganckie, wręcz luksusowe. I nawet pani w recepcji mówiła płynnie po angielsku, z czym się chyba nigdzie w Bangkoku wcześniej nie spotkaliśmy. Maciek powiedział, że poczeka na mnie te dwie godziny i żebym się dobrze zrelaksowała. Z takim więc nastawieniem, chęci pełnego zrelaksowania, poszłam z panią masażystką do pokoju masażu. Pokój ten był równie elegancki i ładnie wykończony jak recepcja i cała reszta budynku. Na środku leżały trzy materace, wnętrze było klimatyzowane, a do tego na szafce stał telewizor. Chociaż nie wiem po co – moim zdaniem telewizor mógłby tylko popsuć klimat i nie wprowadzić w nastrój odprężenia. Ale może Tajki myślą inaczej. Tak czy siak, pokoik był bardzo przytulny. Moja pani masażystka była dobrze po 40-stce i niestety nie mówiła po angielsku, więc nasza rozmowa opierała się głównie na migach. Ale przecież przyszłam na masaż, a nie do psychologa, więc uznałam, że może to i lepiej.

Na początku trochę się stresowałam. Nie wiedziałam, czego się spodziewać, czy będę musiała się rozebrać do naga, czy będzie bolało itd. Na szczęście pani masażystka przyniosła mi ciuchy do przebrania – bardzo lekkie i szerokie, żeby nie hamowały ruchów rąk podczas masażu. Potem przemiła pani powiedziała tylko: „happy, happy”, co miało chyba znaczyć „enjoy” i zabrała się do pracy. Zanim jednak przeszła do masażu, musiałyśmy połączyć dwa materace, bo na jeden okazałam się za długa. Co mogło świadczyć o tym, że do tego miejsca przybywają głównie rodowite mieszkanki Bangkoku. Nie spotkałam na ulicy ani jednej Tajki wyższej ode mnie. Więc chyba coś w tym jest.

Masaż zaczął się od nóg. Najpierw stopy, potem łydki, uda, aż po kręgosłup. Każdy ruch opierał się na ugniataniu i uciskaniu. Już wtedy poczułam się jak ciasto na pizzę tuż przed włożeniem do pieca. Ale to było miłe uczucie. Po kilku minutach zaczęłam się naprawdę relaksować. Przeszedł stres i mogłam w pełni poddać się zabiegowi bez tzw. „zesztywnienia mięśniowego”. Po nogach były ręce. Kolejno plecy, głowa i kark. Niektóre etapy były dość bolesne, ale chyba tak miało być. Nie protestowałam, bo na szczęście do granicy bólu jeszcze trochę było. Zdecydowanie najlepiej wspominam stopy, dłonie i głowę. Te partie chyba najbardziej potrzebowały relaksu. Na koniec było rozciąganie. Pani masażystka najpierw trochę po mnie „pochodziła”. Na szczęście tylko po udach. Potem była „joga”. Pani składała mnie na lewo, na prawo, na ukos i w jeszcze inne, dziwne figury. Masaż trwał 120 minut, a ja w ogóle tego nie poczułam. Czyli chyba weszłam w temat gładko i osiągnęłam cel – zrelaksowałam się.

Tajski masaż to był strzał w dziesiątkę. To Maciek znalazł to miejsce. To był dobry wybór. Mimo, że za rogiem każdej ulicy w Bangkoku można zaznać masażu za połowę tej ceny i mniej, to bardzo się cieszę, że w takim światowym mieście mogłam sobie pozwolić na odrobinę luksusu.

P.S. A poza tym to był jeden z lepszych prezentów urodzinowych. Raz, że w tak egzotycznym miejscu, dwa, że bardzo wyjątkowy.

Dziękuję.