Qatar? Mam go w nosie.

Qatar? Mam go w nosie.

Jeden z naszych dłuższych lotów (Kapsztad – Bangkok) odbył się na pokładzie linii Qatar Airways. Bardzo się z tego powodu cieszyłem. W ubiegłym roku SKYTRAX przyznał tym liniom tytuł najlepszych na świecie. W tym roku mają miejsce drugie – wyprzedziły je linie Emirates. Oprócz samego przelotu skorzystaliśmy też z możliwości szybkiego zwiedzenia Dohy (stolicy Kataru).

Lot zaczął się od opóźnienia. Wyruszyliśmy z Kapsztadu półtorej godziny po czasie. Na początku mówili, że powodem był zbyt późny przylot samolotu do Kapsztadu, potem mówili coś o usterce, potem coś jeszcze o stracie kolejki do wylotu. W tym czasie obsługa zaserwowała wszystkim po szklance wody (pewnie po to, żeby popić tabletki na uspokojenie). Dwa rzędy przed nami stewardessie skończyła się woda. Z nową już do nas nie wróciła. Dostaliśmy tylko po cukierku. Ten akurat był spoko.

Wnętrze samolotu przypadło mi do gustu. Wszystko w wyważonych barwach. Ładne podświetlenia kabiny. Najlepsza „łazienka” jaką widziałem w samolocie. Elegancko, do tego krem do rąk i odświeżająca woda toaletowa. Poza opóźnieniem, wszystko było w porządku. Do momentu, kiedy nie dostaliśmy jedzenia. Nie było nic do wyboru. Wjechał słaby kurczak z surowymi ziemniakami. W związku z tym, że samolot miał postój w Johannesburgu, dostaliśmy potem obiad po raz drugi. Ten był już lepszy, do tego był bardzo dobry deser (czekoladowe ciastko z budyniem).

Na duży plus zasługiwał też ekran w siedzeniu przed nami. Poza filmami można było też pograć. Nie jest to nic wyjątkowego, ale tu naprawdę działał tryb „multiplayer”. Zrobiliśmy więc przed spaniem partyjkę w warcaby i w statki.

Wszystko to działo się podczas lotu Kapsztad – Doha. Potem był kolejny odcinek Doha – Bangkok. Wyglądał podobnie.

Praktycznie wszystkie długie rejsy liniami Qatar Airways mają stop w Doha. Jako obywatele Polski nie musimy wcześniej starać się o wizę do Kataru. Możemy ją kupić na lotnisku za 100 QAR (około 90 zł). Mimo, że mieliśmy tylko niecałe 6 godzin, zdecydowaliśmy się wyskoczyć do miasta. Dostać się tam można taksówką za około 20 zł. Podczas jazdy mamy przed sobą świetny widok. Designerskie drapacze chmur i piękne morze. Kiedy jednak wysiądziemy z samochodu, szybko jesteśmy sprowadzeni na ziemię. Miasto jest puste, na ulicach nie ma ludzi. Jest za to dużo samochodów. Doha to jeden wielki plac budowy. Poruszanie się na piechotę jest trudne. Czasem trzeba po prostu iść po ulicy, bo chodniki nie zostały jeszcze zrobione. Nie ma sklepów, kafejek, parku – nie ma nic poza drogimi hotelami. Pod każdym z nich widać białych ludzi, przybijających pionę z szejkami w białych strojach i wsiadających do swoich drogich samochodów. Pewnie dobijają transakcję o wartości przewyższającej PKB Polski.

Za kilka lat, kiedy wszystkie te budowy będą skończone – kiedy miasto będzie skończone, wrażenie będzie inne. Póki co zastanów się dwa razy zanim tam pojedziesz. Moim zdaniem – nic ciekawego.

Wracając jeszcze do Qatar Airways i krótko podsumowując. Po locie liniami Saudi Airlines poprzeczka była postawiona wysoko. Linie Kataru jej nie przeskoczyły. Lot określam jako przeciętny. Nie lepszy, nie gorszy niż pozostałe. Dużym plusem jest jedynie design wewnątrz samolotu i nic więcej. Gdybym miał wybierać jeszcze raz, wybrałbym Saudię. Trzeba mieć więc trochę dystansu do wszystkich rankingów. Oczywiście wszystko co tu mówię, jest z perspektywy pasażera klasy „Economy”. W biznes i pierwszej klasie może być inaczej. Mam nadzieję, że niedługo to sprawdzę.

p.s. Ciekawostką na lotnisku w Doha była loteria. Każdy mógł kupić los i wygrać Astona Martina, milion dolarów, albo Lamborghini. Los kosztował jedyne 450 dolarów. Widziałem jak parę osób to kupowało. Inny świat.

Na koniec niespodzianka. Zdjęcie, które nazwaliśmy „Szejk z ptakiem w ręku”.

WP_20140212_014