Nasza podróż dookoła świata wzbudza różne emocje. Oczywiście zawsze pozytywne, ale bardzo odmienne. W Polsce jest to tzw. „wow”, „ale super”, „ale wam fajnie”. Rodzina i znajomi byli pod wrażeniem, często mówili też, że wyjeżdżamy na bardzo długo. Znajomi podróżnicy byli już pod trochę mniejszym wrażeniem, ale zawsze. I zupełnie inaczej reagowali na czas wyprawy – „trzy miesiące, tak krótko?!”.
Kiedy dotarliśmy do RPA sytuacja się zmieniła. Na wolontariacie dosłownie na nikim nasza podróż nie robiła już efektu „wow”. Każdy traktował to jako normalną podróż. Spotkaliśmy się mniej więcej z takimi reakcjami, jak u nas, kiedy mówimy, że wyjeżdżamy w góry albo nad jezioro. Totalna norma.
W Kambodży, na granicy, wracając z Angkor Wat spotkaliśmy Polaków, którzy możecie się domyślić jak zareagowali na naszego „round the world’a”. To było śmieszne uczucie, kiedy po prawie już trzech tygodniach naszego wojażowania, na kimś znów nasza podróż zrobiła takie wrażenie. Poza tym byli bardzo sympatyczni i wpuścili nas przed siebie do kolejki na granicy. Dzięki temu zdążyliśmy na pociąg powrotny do Bangkoku.
Skąd się bierze ta norma wyjeżdżania?
Na naszych wszystkich wcześniejszych, dalszych wyjazdach, mam na myśli tych za ocean, spotykaliśmy zazwyczaj cztery narody – Amerykanów, Kanadyjczyków, Niemców i Anglików. Zawsze tłumaczyliśmy to sobie głównie kasą. Ale są jeszcze dwa inne czynniki, które decydują o tym, że oni jeżdżą, a my nie. Pierwszy – czas, drugi – „jaja”.
Zacznijmy od kasy. Oni mają jej więcej fakt, ale druga sprawa, oni płacą za bilety tyle co my, za noclegi tyle co my, za posiłki, dokładnie tyle co my. Dla nas jest tanio dopiero w Azji. Dla większości mieszkańców Europy Zachodniej praktycznie wszędzie.
Czas. W Polsce mamy 26 dni urlopu płatnego oraz przysługuje nam urlop bezpłatny na wnioskowaną przez pracownika ilość dni. Czy go dostaniemy czy nie, zależy już tylko od pracodawcy. Nie jest to jednak u nas popularna forma wolnego. Z czego to wynika? Nie wiem. Może ze strachu, może z niedowierzania w to, że się uda. Ja spróbowałam i się udało. Jak jest za granicą. Nie wiem, bo nie znam europejskich czy amerykańskich kodeksów pracy. Ale wiem jedno – im się jakoś udaje. Może mniej się boją o posadę, mniej się przejmują co będzie potem – na pewno.
Jaja. To zdecydowanie najważniejsza sprawa. Czas i kasę da się wykombinować, odwagi się niestety nie kupi, nie pożyczy ani nie znajdzie. Ją trzeba trenować – jak za małolata, czytanie czy pisanie. Jedno jest pewne – boi się każdy. Ale tylko do odważnych świat należy. Tak jest we wszystkim i w podróżowaniu oczywiście też. Nie zwiedzisz świata bez wyjścia z domu, nie osiągniesz niczego, gdybając tylko o swoim losie. Tylko działanie tu załatwia sprawę. Najlepiej tu i teraz. Bo tu i teraz jest najlepszy czas.
Mam nadzieję, że za kilka lat podróż dookoła świata nie będzie już robić na żadnym Polaku takiego wrażenia jak teraz. I to nie dlatego, że się wzbogacimy czy pracodawcy zaczną nas „puszczać” na bezpłatne urlopy. A dlatego, że złamiemy stereotypy naszego polskiego myślenia i „na pewno mi się nie uda”, „nie mam pieniędzy”, „nie mam czasu”, zamienimy na „dziś zabieram się za realizację marzeń”, „na pewno mi się uda”, „teraz jest najlepszy czas”.

