Jest szósta rano. Niedziela, 4 maja. Obudziłam się z cholernym smutkiem. Z taką pustką w środku, jakby mnie ktoś pozbawił czegoś bardzo ważnego. Za oknem świeci piękne słońce. Patrzę przez okno, a tam drzewa, które przed wyjazdem były pokryte śniegiem, teraz są pięknie zielone. A ja siedzę i się na nie gapię, zamiast na mapę, jak było to jeszcze kilka dni temu.
Wczoraj wróciliśmy do Polski, do domu. Okrążyliśmy świat w trzy miesiące z bagażem podręcznym. Przylecieliśmy za to z nowym bagażem – doświadczeń, wspomnień i nowych inspiracji. Mam teraz przed oczami każdy z etapów podroży, migawki z każdego kontynentu, państwa, miasta czy parku, w którym byliśmy. Począwszy od Afryki i Rezerwatu Kwantu, gdzie karmiłam małego lwa. Przez Azję, w której urzekła mnie kuchnia i Bali. Australię, w której się zakochałam. Zachodnie Stany, czyli parki Utah i Arizony, które utwierdziły mnie w przekonaniu, że natura to najbardziej rozbrajająca rzecz na świecie. Przez Amerykę Południową, na którą bardzo czekałam – Machu Picchu, które powala, Atakamę, która elektryzuje, Wodospady Iguazu, które były dokładnie takie, jak je sobie wymarzyłam czy Rio, które swoją pozytywną energią zaraża niesamowicie.
Chociaż nie zawsze było łatwo – dwudziestogodzinne przejazdy autobusami, spanie na byle czym, wspinanie się, wdychanie siarki w kraterze wulkanu czy jazda na rowerze po pustyni, to jak teraz o tym myślę, to wszystko było banalnie proste. Wszystko się udało, mimo że nie zawsze los był naszym sprzymierzeńcem. Nawet stracony Nikon już nie robi wrażenia. A dokładnie pamiętam jak to przeżywałam.
Na naszej drodze spotkaliśmy mnóstwo różnych ludzi – dobrych, złych, bogatych i biednych, młodych i tych starszych, tubylców i podróżujących. Tych, którzy nam pomogli bezinteresownie i tych, którym my mogliśmy pomóc. Ale najbardziej zapamiętam tych inspirujących, którzy mnie nauczyli nowego myślenia i postrzegania świata. Swym doświadczeniem, zachowaniem czy rozmową pokazali, że życie jest jednocześnie proste i piękne. I to niezależnie od tego, gdzie i jak żyjemy, tylko od tego, czy to, co robimy, powoduje uśmiech i produkuje dobrą energię na każdy dzień. Jedyną przeszkodą w realizacji wymienionych rzeczy, możemy być my sami i nasza ograniczona wyobraźnia.
Podróż dookoła świata to niezłe pranie mózgu. Na co dzień znajdujesz się w wielu, nowych sytuacjach, które uczą pokory i siły. To najlepsza lekcja życia. To świetny sposób na poznanie siebie, odpowiedzenie sobie na ważne pytania i postawienie nowych celów.
Aha i jeszcze jedno – podróż dookoła świata smakuje najlepiej, jeśli możesz ją dzielić z kimś, kto myśli podobnie jak ty, na kogo możesz zawsze liczyć. Ja miałam to szczęście. Okrążyłam świat z Maćkiem. To Maciek odwalił kawał dobrej roboty, przygotowując trasę, kupując bilety. Kiedy miałam gorsze dni, nosił mój plecak, zawsze był obok, znosił babskie humorki. Kiedy nie wierzyłam w siebie, Maciek wiedział, że mi się na pewno uda, że na pewno sobie poradzę. Oczywiście zdarzały się małe wojny, ale były krótkotrwałe i na koniec zawsze się z nich śmialiśmy. Taka podróż bardzo umacnia relację. Dziękuję.
Nie żałuję ani złotówki wydanej na tę podróż. To była najlepsza inwestycja. Inwestycja w realizację marzeń. Lepszych nie znam.

