Od razu wiesz, kto w twoim mieście jest turystą. Można go poznać po kilku, jakże widocznych elementach. Pierwszy atrybut to wielka lustrzanka zawieszona na szyi lub ramieniu, z włączonym trybem „Auto”. Następna rzecz to zatrzymywanie się w najmniej oczekiwanych momentach, żeby zrobić fotę. Myślisz wtedy „co ten gość fotografuje”. Sam się nawet zatrzymujesz i patrzysz w ten zwykły budynek, który mijasz pięćdziesiąt razy dziennie. Wśród 100 odgłosów migawki na minutę szukasz w nim drugiego dna, które dostrzegło oko fotografa. Po kilku minutach rzucasz tylko pod nosem „porąbany” i lecisz dalej niewzruszony.
Turysta często ma też plecak. Może on być znacznych rozmiarów. To oznacza, że dopiero co przyjechał i leci się gdzieś ulokować. Tak, to dokładnie ta sytuacja, o której teraz myślisz. Jedziesz metrem albo autobusem, a nagle do już zatłoczonego pojazdu wciska się ktoś, z dwudziestokilogramowym ładunkiem na plecach. Żeby tego było mało, pięknie (jakby to ładnie powiedzieć), „pachnie podróżą”. W przypadku naszego kraju, to takie „Eau de PKP”. Tylko się modlisz, żeby nie podniósł ręki, w celu złapania drążka do trzymania. Często też będąc już w pojeździe nagle się odwróci, żeby sobie gdzieś popatrzeć albo powiedzieć coś do drugiego wielbłąda. Przy okazji plecakiem policzkuje kilka osób. Jest kulturalny, więc szybko odwraca się o 180 stopni przeprosić. W tym samym czasie policzkuje innych. Odwraca się żeby przeprosić. Znów policzkuje. Przeprasza. Policzkuje. Przeprasza. Jeśli ktoś wciąż uważa, że „perpetuum mobile” nie istnieje, to jest w błędzie! Zamiast dużego plecaka, turysta po zameldowaniu się w hotelu może mieć coś innego. Mały miejski plecaczek, delikatnie piszczący „mam w środku plasterki, buteleczkę wody i kremik do opalania”.
Jest też kilka innych atrybutów. To np. nerka (saszetka) na pasie (poziom „PRO” to dokumenty w saszetce przewieszone przez szyję), piękne trekkingowe spodnie i buty na podeszwie na tyle wysokiej, że gdyby nagle przyszło tsunami, to i tak byłby „na fali”. Można wymieniać dalej.
Byłem we wszystkich sytuacjach przedstawionych powyżej. Byłem w nich jako „ten turysta” i powiem ci, że kiedy zrzuciłem z siebie wszystkie atrybuty podczas któregoś dnia w Santiago de Chile, poczułem się o niebo lepiej. Stwierdziłem, że mały plecak zostawiam w hotelu. Odpinam nerkę i razem z dokumentami także zamykam ją w pokoju. Co do aparatu – gwizdnęli nam go kilka dni wcześniej, więc problem sam się rozwiązał. Wziąłem tylko równowartość kilkudziesięciu złotych i kartę kredytową. Wyszedłem na miasto.
Spróbuję ci zobrazować, jak się czułem. Wyobraź sobie autostradę na której jest duży ruch. Każdy samochód ledwo się toczy. W niektórych wysiadła klima, niektóre mają przeładowany bagażnik, w innych dwójka małych dzieci płacząc, umila rodzicom podróż. Nagle jednak wjeżdża inny samochód. Kręci między innymi uczestnikami ruchu i gładko jedzie przez autostradę. To kabriolet z otwartym dachem. Ten pojazd nie jedzie. On leci. On płynie. I właśnie tak się czułem płynąc przez Santiago de Chile.
Nie miałem już poczucia, że każdy patrzy na mnie i od razu widzi turystę. Wiem, że na pewno nie brali mnie za swojego – jestem tylko białasem. Jest jednak coś, co sprawia, że czujesz się trochę jak tubylec. Masz w kieszeniach to, co oni, czyli w sumie nic. Masz na plecach to co oni, czyli w sumie nic. Ręce masz tam, gdzie oni, czyli w kieszeniach, a nie obejmujące aparat i sprawdzające, czy nikt go nie przechwycił.
Masz wtedy zupełnie inną percepcję miasta. Nie musisz uważać na swoje rzeczy. Nie czujesz na sobie tego ciężkiego wzroku. Po prostu płyniesz.

