Wypad na Great Ocean Road był dla mnie ogromną lekcją. Lekcją pokory, rezygnacji z oczekiwań i szukania pozytywnych stron.
Great Ocean Road to pas drogi wijący się wzdłuż australijskiego wybrzeża. To największy pomnik poświęcony ofiarom I wojny światowej. Rozpoczyna się w Torquay (ok. 100 km od Melbourne) i kończy w Warrnambool. Można kupić całodniową wycieczkę (koszt ok. 300 zł) albo pojechać samemu. My wynajęliśmy samochód i zrobiliśmy to na własną rękę. W Australii jeździ się jak w Wielkiej Brytanii, po lewej stronie, ale nie martw się tym przy wypożyczaniu auta. Jeśli masz samochód z automatem i pasażera, który ci trochę pomaga, to po krótkim czasie przyzwyczaisz się do nowej perspektywy.
W Australii przez większość dni w roku świeci słońce. Czego mogliśmy się więc spodziewać od pogody jak nie czystego nieba. Dzień wcześniej, kiedy przylecieliśmy, było słonecznie, tego dnia jednak było inaczej. Gdy wyszliśmy z domu, całe niebo było pokryte grubą warstwą chmur. Nie przejęliśmy się tym za bardzo. Wiemy, że pogoda może być nieprzewidywalna. Stwierdziliśmy, że pewnie w ciągu kilku godzin niebo się oczyści. Po godzinie jazdy słońce zaczęło się przedzierać przez chmury. Wciąż było ich na niebie dużo, jednak zostawiły wystarczająco miejsca, żeby słońce podniosło nas na duchu.
Kontynuowaliśmy jazdę, zatrzymaliśmy się przy pierwszej informacji turystycznej, żeby poradzić się, w których miejscach warto zatrzymać samochód. Wtedy przyszłe bardzo ciężkie chmury, zaczęło padać. Starsza Pani w informacji turystycznej powiedziała jednak, że powinno się wypogodzić.
Wierzyłem w to co powiedziała. Pewnie mieszka tu od dawna i widzi po pogodzie, kiedy ma być przelotny deszcze, a kiedy całodniowa masakra. Tego dnia jednak się myliła. Jechaliśmy dalej. Wiatr przewiewał deszczowe chmury po to, żeby przyprowadzić nowe znad oceanu. Najgorsze było to, że na linii horyzontu nie było żadnej szansy na poprawę. Szarość aż po koniec świata.
Przez kilka godzin miałem jeszcze nadzieję, Myślałem, że stanie się coś, cokolwiek i słońce wyjdzie. Patrzyłem w ocean, który mimo brzydkiej pogody zachował trochę błękitnego koloru. Myślałem jednak jak pięknie wyglądałby w pełnym słońcu. Po cichu mówiłem sam do siebie „niech pada, niech wieje teraz, ale niech się wypogodzi jak dojedziemy do 12 Apostołów”. To największa atrakcja na Great Ocean Road. 12 samotnych skał majestatycznie zanurzonych w wodzie. Około półtorej godziny przed przyjazdem w to miejsce zaczęło naprawdę mocno padać.
Cieszyłem się. Miałem nadzieję, że pogoda się wyładuje, a później będzie już tylko lepiej. Pogoda się wyładowała. Co jednak nie przeszkodziło jej być do bani przez kolejne godziny. Trochę zrezygnowani dojechaliśmy do 12 Apostołów. Patrzyliśmy na skały, a wiatr zawiewał nam w oczy krople deszczu. Zeszliśmy na dół, w dół klifu aby podziwiać skały z poziomu morza. Fale zaczęły być coraz mocniejsze, wiatr zwiększył prędkość. Wszyscy turyści zwinęli się z tego miejsca i zostaliśmy tam z Paulą sami.
Wysoki klif, wysokie fale rozbijające się o skały, niska widoczność, deszcz i wiatr. Poczułem się jak rozbitek na końcu świata. Wokół nie było nic. Gdyby przyszedł większy przypływ, to nawet mielibyśmy problem z ucieczką. Brak kolorów, śpiewu ptaków. Tylko szum, gwizd i uderzenia słodko-słonych kropli o mokre już policzki.
Pomyślałem wtedy jakiego mamy ogromnego farta. Kilka godzin wcześniej przeklinałem pogodę, teraz dziękowałem za to, że taka była. Miliony turystów doświadczają tego miejsca w pełnym słońcu, pośród setki innych osób. Spacerują typowo australijskim wybrzeżem. My mogliśmy przeżyć coś innego, coś zupełnie wyjątkowego. Mogliśmy poczuć się jak na końcu świata. Jak w Australii, jakiej nie zna nikt inny.
Po 12 Apostołach zostało nam jeszcze jedno miejsce. Gdy tam dojechaliśmy padał deszcz. Po 15 minutach przestał. Przyszły rzadsze chmury. W kilku miejscach przebił się błękit. Zaraz później kilka promieni słońca. Patrzyłem w niebo. Z włosów skapywała mi woda i pomyślałem sobie, że udało nam się. Dostrzegłem, że ta droga była próbą charakteru. Nie poddaliśmy się i nie załamaliśmy. Mogliśmy rzucić kilka bluzgów i zostać w samochodzie. Mimo to chodziliśmy w deszczu i byliśmy wdzięczni za sztorm. Na końcu dostaliśmy nagrodę. Wyszło słońce. Przez myśl oczywiście przeszło nam „nie mogło wyjść wcześniej”?
Nawet dziś, już po, myślimy jak by to było, gdybyśmy mieli piękną pogodę. Na pewno byłoby inaczej. To jednak nie znaczy, że w przypadku złej pogody, nie ma szans na niesamowite przeżycie. W każdej sytuacji można znaleźć coś wyjątkowego. Trzeba być za to wdzięcznym. Wtedy na końcu jest nagroda.

