Chcesz safari? Wyluzuj.

Chcesz safari? Wyluzuj.

Safari to jedno z lepszych doświadczeń, jakie czeka na Ciebie w Afryce. Każdy wie, na czym to polega. Konkretny jeep i terenowa jazda w poszukiwaniu dzikich zwierząt. Wersja profesjonalna to samotny „Ranger” w swojej Toyocie Land Cruiser, wypatrujący pchły na grzbietach impali po drugiej stronie doliny. Wersja turystyczna to to, co wyżej, plus gromadka żółtodziobów w spodenkach przed kolanko (sam takie miałem), kapelusikach jak z obrazka (tego już nie miałem), która czasem nie zauważy lwa, który leży 5 metrów od samochodu.

The Big Five – ikon Afryki

Największym Parkiem Narodowym w RPA, w którym można pojechać na Safari, jest Park Krugera. Można tam znaleźć wszystkie zwierzęta z „Big 5”, czyli Leoparda, Lwa, Nosorożca, Słonia i Bawoła. Nazywane są „Big 5” ponieważ było to pięć najczęściej występujących zwierząt na listach osób polujących w Afryce. Do tego to pięć najniebezpieczniejszych zwierząt. Brakuje tylko hipopotama, który co roku zabija najwięcej ludzi z wszystkich zwierząt. To nie żart. Podobnie z bawołem. Nie myl go z mułem. Bawół atakuje bez ostrzeżenia, dlatego jest tak niebezpieczny. Jego poroże wygląda tak masywnie, że mogłoby wybić z głowy nawet najdurniejszy pomysł. Wracając do Safari. Park Krugera jest wyjątkowy, ponieważ można tam pojechać na Safari własnym autem. Zupełnie samemu. Żadnych pozwoleń – wystarczy prawo jazdy i jakikolwiek samochód, bo drogi są asfaltowe.

Kilka dobrych lat temu rząd RPA stwierdził, że nie jest w stanie optymalnie zarządzać całą swoją fauną i florą i postanowił część sprywatyzować. Tak powstały tzw. „private game reserves”, czyli prywatne rezerwaty ze zwierzętami. Osoba, która posiadała ziemię i zdecydowała się założyć taki rezerwat, dostawała od rządu zestaw zwierzątek. W takim właśnie rezerwacie byliśmy na safari.

Nosorożec
Nosorożec biały

Safari to poszukiwanie

Pierwsza, najważniejsza rzecz, o której musisz pamiętać, jeśli marzysz o safari – to nie jest oglądanie zwierząt. Gdyby tak było, to byłaby to jakaś wystawa. Safari to poszukiwanie zwierząt. Nikt nigdy ci nie zagwarantuje, że którekolwiek zobaczysz. Zwierzaki lubią się chować. Czasem jest za gorąco i chowają się w buszu. Czasem jest za zimno i chowają się w buszu. Czasem jest sucho, to wyjdą do wodopoju, a czasem jest mokro, nie muszą szukać wody i siedzą w buszu. Wtedy ich nie zobaczysz, bo nawet dobry jeep przez gęsty busz nie przejedzie. Dlatego właśnie zanim wyruszysz na safari, wbij sobie do głowy, że jest to poszukiwanie i w tym jest cała frajda. Nieraz zobaczysz kamień i będziesz miał wrażenie, że to lew, zobaczysz ślady nosorożca, będziesz nimi podążał, a one w końcu znikną itd. Bądź przygotowany na to, że nie zobaczysz nic, a jeśli ci się uda – traktuj to jako nagrodę. Są oczywiście parki i rezerwaty, gdzie jest łatwiej zobaczyć zwierzęta.

Spotkanie z „krową”

Podczas naszego wolontariatu mieliśmy organizowane tzw. „game drives”, czyli przejazdy po rezerwacie w poszukiwaniu zwierząt. Było to po prostu safari. Pamiętam, jak wyjechaliśmy pierwszy raz. Było bardzo gorąco – zobaczyliśmy tylko zebry, kilkanaście rodzajów antylop i innych jeleniowatych. Kiedy wyjechaliśmy drugi raz, było zimno i lekko padał deszcz. Tym razem zobaczyliśmy zebry i żyrafy. To piękne zwierzęta, bardzo afrykańskie, ale nie czułem się spełniony – każdy szuka „Big 5”. Byłem trochę zdenerwowany – dwie jazdy i praktycznie nic. Następnie mieliśmy ostatni już przejazd, tzw. „dawn drive”, czyli jazda o świcie. Wtedy słońce nie jest bardzo mocne, a zwierzęta są aktywne. Pokładałem w tym największe nadzieje. Jeździliśmy długo. Zobaczyliśmy strusie i dwa słonie idące w oddali po wzgórzu. Były jednak dość daleko. Na sam koniec jazdy natknęliśmy się na bawoły. Rewelacja – pierwsze spotkanie z BIG 5, to spotkanie z krową… Byłem zdołowany. Modliłem się, żeby chociaż zobaczyć nosorożca. Bawół był zaliczony, kilka lwów mieliśmy tam, gdzie mieszkaliśmy, za chwilę jechaliśmy do Sanktuarium Słoni. Gdybyśmy zobaczyli nosorożca, to jakoś dałoby się to znieść. O leopardzie nawet nie marzyłem. Skubaniec chodzi po drzewach. Wciąga tam też swoje ofiary, żeby nie zabrał mu ich lew. To najtrudniejsze do zobaczenia zwierzę. Niestety, na bawole się skończyło. Przejażdżka dobiegła końca. Wszyscy się dziwili, że nie zobaczyliśmy praktycznie nic.

Bawół
Bawół

Do not lose your heart

Kiedy wysiedliśmy z samochodu, rozmawiałem chwilę z jednym ze strażników. Miał na imię Peter. To był bardzo miły człowiek, miał ciepły głos i zabawny, pozytywny akcent. Trochę mu się pożaliłem. Powiedział mi, że Polite (inny ze strażników) słyszał, że nie udało nam się nic zobaczyć i zorganizuje dla nas jeszcze jedną przejażdżkę późnym popołudniem. Widział, że jestem podminowany i powiedział mi wtedy kilka bardzo ważnych słów.

„Do not lose your heart”, czyli niech twoje serce nie traci wiary.

Poczułem się wtedy jak w filmie, w którym sfrustrowany uczeń traci siły, próbując osiągnąć cel, a spokojny mistrz podtrzymuje go na duchu. Trzeba było to usłyszeć, żeby to poczuć. Miałem wrażenie, że dosłownie w moje serce wlewa się nadzieja.

Wyruszyliśmy na „game drive”. Po długiej jeździe zobaczyliśmy dwa nosorożce. Dostałem to, co chciałem. Widziałem na dziko bawoła, nosorożca, w oddali słonie. Lwa widziałem nie na dziko, ale widziałem. Byłem szczęśliwy i uznałem moje safari za spełnione.

Nie ruszaj się! Tam jest lew

Wieczorem całą ekipą poszliśmy na wieżę obserwacyjną, z której czasem można wypatrzeć lwy i gdzieś w oddali wypatrzyliśmy spacerującego samca z dużą grzywą. Byłem jeszcze szczęśliwszy. Po kilkunastu minutach, kiedy mieliśmy już wracać, stało się jednak coś niesamowitego. Większa część grupy już wróciła, my też już się zbieraliśmy. Nagle jedna z koleżanek powiedziała „Oh shit! Don’t move. There’s a lion!”. Przed nami, przy samym ogrodzeniu, stała dzika lwia samica. Wpatrywała się w nas. Po chwili przyszła druga, trzecia i czwarta. Cztery dzikie lwy półtorej metra od nas. W tym momencie znów usłyszałem, jak Peter mówi „niech twoje serce nie traci wiary” i wtedy dotarło to do mnie jeszcze bardziej. Dotarło to do mnie w kontekście dużo szerszym niż safari.

Lew
Lew

Safari jest jak patrzenie się w niebo

Po trzech, prawie bezskutecznych jazdach i masie frustracji przyszła czwarta, która odwróciła wszystko. Potem same przyszły jeszcze cztery lwy. W sytuacji, kiedy w ogóle się tego nie spodziewałem. Przeżyłem bardzo magiczne safari. Z perspektywy czasu stwierdzam, że dużo lepsze, niż gdybym zobaczył wszystko od razu.

Wiem, że nadrzędnym celem jest zobaczyć te cholerne zwierzaki, ale to trochę tak jak wypatrywanie spadającej gwiazdy na pięknie oświetlonym niebie. Przeżyciem i doświadczeniem jest patrzenie się w niebo, tak jak jazda jeepem. Spadająca gwiazda i zwierzęta to tylko wisienka na tym wspaniałym torcie. Życzę ci jednak tej wisienki, bo wywołuje nieprawdopodobny uśmiech.