Butelka szczęścia

Butelka szczęścia

Wiele osób już o tym pisało. Krótko wspomnę i ja. Jeśli chcesz coś dobrze sprzedać, rób to w oparciu o emocje. Najlepiej pozytywne. Dlatego właśnie Coca-Cola nie sprzedaje napoju z bąbelkami, a butelkę szczęścia.

Jestem dużym fanem Coca-Coli. Wiem, rozpuszcza zęby, usuwa rdzę ze śrub, ma w sobie więcej cukru niż kot ze Shreka, czy miss świata. Wszystko to jednak blednie przy jednym kontrargumencie. Smakuje jak nic innego.

Podczas przesiadki w Atlancie, mieliśmy trochę czasu, żeby przejść się po mieście. Atlanta jest miastem, w którym Coca-Cola ma główną siedzibę. Znajduje się tam też miejsce o nazwie „World of Coca-Cola”, coś w rodzaju muzeum. Wejście za 17 dolców nie należy do najtańszych, ale zaryzykowaliśmy.

Na samym początku, w holu, w którym znajdowały się slogany reklamowe Coca-Coli z różnych krajów świata (w tym dwa z Polski), przywitał nas mężczyzna i opowiedział historię marki. Zapytał wszystkich, czy wiedzą jakie jest obecne hasło reklamowe. Ktoś krzyknął „enjoy”. Powiedziałbym tak samo. Mężczyzna sprostował, że obecnym hasłem jest „open happiness”. Świetne hasło. Opowiedział jeszcze krótko o planie miejsca, w którym się znajdujemy i zaprosił wszystkich na film. Do tego filmu wrócę na końcu.

Po zakończonej projekcji otworzyły się drzwi do właściwej części muzeum. Sprawiały wrażenie bramy do krainy szczęścia, przez którą wszyscy przeszli ze szczerym uśmiechem.

Pierwszym przystankiem było zdjęcie z dużym białym misiem firmującym napój. Nie tylko dzieci, ale i dorośli chcieli mieć fotę z tym sympatycznym pluszakiem. Następnie wszyscy udali się do części, w której prezentowana była cała historia Coca-Coli. Wszystko w interaktywnej formie – obraz, dźwięk, gry. Można było zobaczyć najstarsze plakaty, zabytkowe butelki, nalewaki itp. Można było praktycznie cofnąć się w czasie.

DSC_0448

DSC_0464

Po tym etapie, wszyscy przeszli do miejsca, które mówiło o najważniejszej rzeczy w Coca-Coli, czyli sekretnej formule. Sposób przygotowywania Coca-Coli nigdy nie został opatentowany. Jest bardzo silnie strzeżony. Jeśli jednak któregoś dnia uda ci się podczas zabawy w małego chemika uzyskać ten sam smak, droga wolna. Sposób przygotowania nie jest prawnie chroniony.

DSC_0458

Na sam koniec zaprezentowano sejf, w którym rzekomo znajduje się sekretna formuła. Prawda, czy nie prawda, kopary opadły. Aurę tajemniczości dodawały puszczane z głośników odgłosy szeptów oraz wyświetlane przemykające po ścianach cienie.

DSC_0461

Kolejnym miejscem była prezentacja całej maszynerii niezbędnej do procesu butelkowania, jak i sam proces. Taśmociąg, butelki, napój, kapselki. Na tym kończy się piętro pierwsze.

DSC_0470

Na piętrze drugim wizytę rozpoczęliśmy od miejsca, w którym wyświetlane były wszystkie, reklamy Coca-Coli z całej historii istnienia napoju. Zobaczyliśmy część i musieliśmy iść dalej, bo powoli gonił nas czas. Po drodze jeszcze film 4-D, miejsce poświęcone działaniom społecznym Coca-Coli oraz miejsce prezentujące markę jako ikonę pop-kultury.

Potem przyszedł czas na to, na co czeka większość odwiedzających. Ogromna degustacja napojów z grupy Coca-Cola. Pięć głównych stanowisk, każde poświęcone oddzielnemu kontynentowi (Australia i Antarktyda zostały pominięte). W każdym ze stanowisk można było spróbować około 10 różnych napojów z różnych krajów. Jako sprawę honoru postawiliśmy sobie spróbowanie wszystkich. Przy zamykaniu ostatniego kontynentu czuliśmy, jakbyśmy mieli eksplodować, a piliśmy dosłownie po małym łyku każdego napoju. Zadowoleni ze swojego sukcesu przeszliśmy jednak dalej. Tam wyłoniły się kolejne maszyny serwujące kilkadziesiąt rodzajów Coca-Coli i podobną ilość Sprite’a i Fanty. Przetestowaliśmy kilka próbek, ale resztę musieliśmy zostawić na kolejną wizytę. Poczułem się jak osoba w podeszłym wieku, bo biegające wokół dzieciaki nie bawiły się w małe łyki. Wypijały pełne szklanki. Jedna za drugą.

DSC_0476DSC_0478DSC_0495

Po degustacji wszyscy dostali pamiątkową butelkę Coca-Coli i udali się do wyjścia. Przed wyjściem to co zawsze, czyli sklep z pamiątkami. Wszyscy, jakby opętani magią zakupów, brali co popadnie. Kubki, koszulki, otwieracze i inne gadżety. Większość pewnie niepotrzebnych. Wszyscy jednak w pełni zadowoleni, tak jakby coś ich przekonało, że kupują szczęście. Może to ten film wyświetlony na początku? No właśnie.

DSC_0502

Wszyscy usiedli, odsłonił się wielki ekran i zaczął się film. Był to zlepek kilku scen. Para, która wyrusza w lot balonem, żołnierz stacjonujący w Afganistanie, mówiący jak bardzo kocha swoją rodzinę, duża rodzina przygotowująca przyjęcie niespodziankę seniorom, kilku kolegów, z których jeden bardzo chciał pokazać dziewczynie, że mu się podoba oraz kobieta w średnim wieku wsiadająca do małego samolotu wraz ze swoim mężem. Nie będę opisywał jak budowano napięcie, bo robiono to dzięki obrazom i dźwiękom, których nie przekażę pisząc. Na sam koniec mężczyzna oświadczył się kobiecie w balonie, a ona krzyczała TAK! Nagranie żołnierza zostało puszczone jego rodzinie na wielkiej arenie podczas widowiska sportowego, po czym wszedł on bocznym wejściem i wszyscy płakali w swoich ramionach. Seniorzy dostali najlepszą niespodziankę w życiu, chłopiec podszedł do dziewczyny z czekoladowym sercem, a ona dała mu buziaka, a kobieta skoczyła ze swoim mężem ze spadochronu, mimo że strasznie się bała i płakała ze szczęścia po wylądowaniu.

Na koniec każdy z nich wracał z butelką Coca-Coli, dzielił się nią i był szczęśliwy. Film był tak przeładowany emocjami, że duża część sali przecierała oczy ze wzruszenia.

Po zakończonej projekcji otworzyły się drzwi do właściwej części muzeum. Sprawiały wrażenie bramy do krainy szczęścia, przez którą wszyscy przeszli ze szczerym uśmiechem.