Bangkok – pierwsze wrażenia

Bangkok – pierwsze wrażenia

Nasz pierwszy azjatycki przystanek – Bangkok – największe miasto Tajlandii. Stolica, w której średnioroczna temperatura powietrza praktycznie nie spada poniżej 30 stopni. Ta tętniąca życiem metropolia zawieszona jest między tradycją i nowoczesnością. Bangkok to niezła plątanina ulic i zaułków, „street food’u”, tuk-tuków i świątyń buddyjskich. Ale nic w tym dziwnego, prawie 95% ludności Tajlandii jest tego wyznania.

Bangkok oczami GapięNaMapę

Wylądowaliśmy w Bangkoku około północy, więc szybko udaliśmy się do hotelu niedaleko lotniska. Już na lotnisku, na postoju taksówek, zwróciliśmy uwagę na ich śmieszny akcent. Po RPA, gdzie wszyscy „spikali” jak trzeba, tajski angielski brzmiał zabawnie. O poranku zarezerwowaliśmy kolejny hotel, w centrum, na najbardziej znanej ulicy w Bangkoku – Khaosan Road. I to był nasz pierwszy tajski błąd. Ta ulica zasypia dopiero nad ranem. Nasz hotel był usytuowany tuż przy pubie, w którym muza grała na maxa i nie były to spokojne, tajskie rytmy, a ciężkie, imprezowe kawałki. Do tego pokój miał dwa na dwa metry, mimo że na zdjęciach wyglądał naprawdę spoko. Ale nie przylecieliśmy do Tajlandii narzekać, więc obróciliśmy to w żart i wytrzymaliśmy tam dwie noce.

Khaosan Road

Tak jak wspomniałam to ulica, która w Bangkoku tętni życiem do rana. Jest kolorowa, co krok można kupić coś do jedzenia. Pełno tu ubrań i miejsc, gdzie można zaznać tajskiego masażu. Turysta, turystę, turystą pogania. A, że my niekoniecznie lubimy taki tłok, nie do końca Khaosan przypadł nam do gustu. Ale oczywiście warto było to zobaczyć, pokręcić się tam trochę za dnia i po zmroku.

Tuk-tuk

Tuk-tuk, inaczej zwany autorikszą, to pojazd, który pełni rolę taksówki w niektórych krajach Azji. Kierownicę ma taką jak w rowerze, do tego ma trzy koła i może rozwinąć prędkość nawet do 50 km/h. I właśnie taką maszyną mieliśmy okazję przejechać kilka ładnych kilometrów w Bangkoku. Ceny takiej przejażdżki są bardzo zróżnicowane. Jeden kierowca może chcieć cię podwieźć za 10 zł, inny za 20 zł, a trzeci za 1 zł. Jak to możliwe? Okazuje się, że kierowcy tuk-tuków dostają kasę na paliwo od rządu, jeśli zawiozą swoich pasażerów w określone miejsca, zanim dowiozą ich do celu. Co to za miejsca? Albo „Thai Fashion”, gdzie szyją ubrania na zamówienie albo „travel agency”, gdzie sprzedają drogie wycieczki. Zasada jest jedna – żeby twój kierowca otrzymał środki na paliwo, musisz spędzić tam około 10 min i przynajmniej udać, że jesteś zainteresowany zakupem garnituru, koszuli lub wycieczki. Wtedy jest po sprawie. My zaliczyliśmy dwa razy „Thai fashion” i raz „travel agency”. Za pierwszym razem w „Thai fashion” pan od garniturów był bardzo namolny, chciał na siłę wcisnąć Maćkowi trzy koszule za 300 zł. W drugim prawie nas wyzwał, kiedy zorientował się, że nie jesteśmy zainteresowani jego asortymentem i powiedział, żebyśmy już do jego sklepu nigdy nie wracali. Z kolei w „travel agency” trafiliśmy na śmieszną, starszą babeczkę, która bardzo chciała nas wysłać na wycieczkę do tygrysów za 100 eur. Ta przynajmniej była miła i cały czas zabawnie powtarzała „do it, do it!”.

Biedny i bogaty Bangkok

Ewidentnie Bangkok można podzielić na trzy strefy – biedną, średniej klasy i bogatą. Khaosan Road i okolice to biedna dzielnica, widać tu tzw. miejski „syfek”. Przechodząc dalej przez Chinatown, wychodzimy na nieco bogatszą dzielnicę. Nadal panuje tu „street food”, dookoła sprzedawane są ubrania. Ale to wszystko wygląda już bardziej elegancko i schludnie. Wchodząc już w dzielnicę nowego Bangkoku, spotykamy się z totalnie innym światem. Pierwsza sprawa, wieżowce, kolejna – lepsze knajpki, tutaj już nie ma jedzenia na ulicy. Ciuchy zaś sprzedawane są w galerii, która wygląda lepiej niż niejedna w Polsce.

Bangkok – najbardziej „kolorowe” miasto świata

Bangkok, miastem uśmiechu, aniołów, chaosu, sprzeczności, grzechu… Które inne miasto na świecie ma tyle różnych nazw. Chyba żadne. Czy dlatego Bangkok jest tak uwielbiany przez większość? Być może. My jednak wolimy trochę spokojniejsze klimaty. Miasta, gdzie jeśli nawet tętni życie, to gdzieś na jego skraju można się wyciszyć, zrelaksować, usiąść w parku, wśród zieleni. W Bangkoku tego nie ma. Tutaj nie zaznasz spokoju.

Tak czy siak warto było tu zajrzeć.