Azjatycki tygrys i europejskie świnki

Azjatycki tygrys i europejskie świnki

Odbyłem już wiele lotów. Tanimi liniami, drogimi liniami, pięciogwiazdkowymi liniami, słabymi, dobrymi i słodko-kwaśnymi. W końcu jednak miałem tą przyjemność przelecieć się z AirAsia.

AirAsia to jedna z większych tanich linii. Swoją siedzibę ma w Kuala Lumpur. To też jej największy hub. Co roku Skytrax przyznaje AirAsia nagrodę najlepszej taniej linii lotniczej na świecie. Najlepsze tanie mięso, czy coś więcej? Wizz Air i Ryanair przyzwyczaił mnie do myślenia o tanich liniach jak o kawałku salcesonu. Możesz się nim najeść, ale nieładnie się odbija. Nie mogłem się doczekać AirAsia.

Odbyłem z tą linią cztery loty. Trzy krótkie (Bangkok – Phuket, Phuket – Krabi, Bali – Kuala Lumpur) i jeden długi (Kuala Lumpur – Melbourne). Zacznę od etapu kupowania biletów. Proste jak drut. Jeśli jesteś typem, który gubi się w spożywczym bez listy zakupów, to z kupnem biletu i tak sobie poradzisz. Wszystko jest intuicyjne, może poza odhaczeniem dodatkowego ubezpieczenia. Wybieramy klasę, możemy wybrać posiłek (w dobrej cenie) i przede wszystkim możemy wybrać sobie miejsce w samolocie. Oczywiście za dodatkową opłatą. To jest coś czego nigdy nie mogłem zrozumieć w Ryanairze i Wizz Airze. Dlaczego – do cholery – nie można wprowadzić takiego udogodnienia. Kto ma przyjemność ze stania w kolejce do wejścia na pokład, pchania się i stresowania? Pasażerowie? Na pewno nie! Może „cabin crew” się z nas nabija. Czy ten system rezerwacji miejsc jest taki drogi? Wątpię. Gdzie więc jest problem. Wiem, Ryanair ma już system rezerwacji miejsc, ale ile im to zajęło? Poza tym, z tego co się orientuję, to nie możesz zaklepać miejsca przy kupowaniu biletu. Musisz czekać, aż będziesz odprawiał się on-line. Gdzie tu sens? Wizz Air do tej pory nie poszedł po rozum do głowy. Rezerwacja miejsca za dodatkową opłatą to dla was dodatkowy przychód. Helloooooo! Może wtedy przestalibyście obwąchiwać wszystkim bagaże. No właśnie.

Nie znoszę tego widoku, kiedy któryś z pracowników linii mówi pasażerowi przed wejściem na pokład „Pana bagaż podręczny jest zbyt duży. Przekracza rozmiar o 1 cm i waży 100 gram zbyt dużo. Proszę zapłacić 150 zł, albo porzucić torbę”. Rozumiem zasady, rozumiem maksymalny wymiar. Rozumiem dopłatę, ale wtedy kiedy bagaż jest wyraźnie za duży. W AirAsia za każdym razem mieliśmy odrobinę zbyt ciężki bagaż. Nikt nawet na niego nie spojrzał. Dopóki wygląda normalnie, bierz go na pokład. Bez smętów, bez wąchania i szukania na siłę opcji wygenerowania przychodu. Nie znoszę też niekonsekwencji. Raz lecisz, nie sprawdzają bagażu, drugi raz lecisz – chodzą z wagą i linijką. Biedni ludzie, którzy mniej latają, gubią się w tym. Albo sztywne zasady i ich egzekwowanie za każdym razem, albo normalne, zdrowe podejście.

Samolot AirAsia ma bardzo stonowane barwy. Biel, czerń i czerwień. Wygląda to nawet trochę „po polsku”. Nic nie gryzie w oczy. Stewardzi (bo są podczas każdego lotu) ubrani są w czarne kamizelki, a stewardessy w czerwone marynarki. Prosty krój, bez głupich krawacików, chusteczek, czy apaszek (cokolwiek to jest). Kolorystyka to oczywiście rzecz gustu, jednak żółć i róż nie do końca do mnie trafiają. Samoloty Wizz Air i Ryanair wyglądają przez to w środku trochę kiczowato.

Co do samolotu. W AirAsia mogłem normalnie wyprostować nogi. Tak, to też tania linia. Tak, też mają tanie bilety. Mimo to, wepchnęli w samolot tyle rzędów miejsc, żeby siedziało się wygodnie. Najczęściej latam Wizz Airem. Po 2 godzinach lotu jest mi na tyle niewygodnie, że zastanawiam się jak wystawić nogi za okno. Nie jestem najwyższym facetem na świecie. Nie wiem co czują ci naprawdę wysocy. Pewnie biorą miejsce z dodatkową przestrzenią.

Kompletnie nie rozumiem też, dlaczego podczas prezentowania instrukcji bezpieczeństwa nasze europejskie linie nie mogą tego nagrać na audio i włączyć w samolocie. W dobrej jakości, czytane ciepłym głosem jakiejś miłej pani. Za to dostajemy jedną ze stewardess plującą w trzeszczący mikrofon, nawijającą z prędkością większą niż może rozwinąć samolot, w którym siedzi, przeplatającej zdanie po zdaniu polski i angielski język. Szczerze mówiąc, mam czasem trudności ze zrozumieniem co mówią po polsku.

Przed startem i po wylądowaniu w AirAsia puszczono nam jakąś dobrą nutę, żeby się trochę zrelaksować. Dla wielu ludzi to dość stresujące momenty. U nas – cisza. Tylko Ryanair po wylądowaniu puści nam w głośnikach info jaki jest niewyobrażalnie genialny, bo znów wylądował na czas. Nic dziwnego, skoro do każdej godziny przylotu na wszelki wypadek doliczają pół godziny. Nawet nie jest to takie złe. Zwiększa bezpieczeństwo dalszego planowania połączeń, ale dajmy sobie laurów najbardziej punktualnej linii w Europie. Wizz Air może ich łatwo pobić. Niech do każdej godziny przylotu doliczą na wszelki wypadek dobę, albo lepiej tydzień. Wtedy może nawet wybuch wulkanu na Islandii nie spowodowałby opóźnień.

Podsumowując, mamy dwa zupełnie różne podejścia do generowania przychodów. Jedno, azjatyckiego tygrysa, polegające na zapewnieniu jak najlepszego doświadczenia, a następnie oferowanie za dodatkową opłatą jeszcze lepszego i europejskiej świnki, która chce cię jak najmocniej poddenerwować (skulić ci nogi, przetrzymać w kolejce), żebyś dla świętego spokoju kupił coś ekstra. Robiąc tak dalej podetną sami sobie skrzydła. Wtedy mam nadzieję AirAsia otworzy trasę Warszawa – Kuala Lumpur.