Azjata = sympatyczny gość?

Azjata = sympatyczny gość?

Przed wyjazdem w podróż dookoła świata nasłuchaliśmy się, że Azjaci są cudowni. Mili, uśmiechnięci i bardzo przyjaźni. Nasze oczekiwania jednak nie do końca spotkały się z rzeczywistością. W kilku punktach przedstawię ci dlaczego.

Taxi

Nasz pierwszy raz z tajską taksówką miał miejsce w drodze z lotniska do hotelu w Bangkoku. Jechaliśmy z z tzw. taxi meter’em, czyli według licznika i wszystko było w porządku. Pan lojalnie uprzedził nas, że na trasie z lotniska zawsze doliczane jest jeszcze 5 zł dodatkowo i tak też było. Przejazd był fair, bo obie strony były zadowolone. Kolejna przygoda z taksówką nie była już taka sympatyczna. Próbowaliśmy złapać taxi na jednej z większych ulic Bangkoku i każdy taryfiarz podawał nam inną cenę – jeden 50 zł, inny 30 zł, a kolejny 20 zł. Wiedzieliśmy jednak, że nawet ta ostatnia to wygórowana cena i najlepiej zawsze jeździć z taxi meter’em. Nie każdy taryfiarz jednak się na to godził. Wtedy spotkaliśmy na drodze Marinę (bohaterkę naszej historii nr 3), która wiedziała co robi, zatrzymując po kolei każdego taksówkarza. Wiedziała po prostu, że w końcu któryś się na taxi meter zgodzi. Podobnie sytuacja przedstawiała się z tuk-tukami, w których cena za przejazd wahała się czasem ekstremalnie. Na szczęście zawsze udawało nam się pójść na kompromis. Chociaż wielokrotnie wiedzieliśmy, że i tak pewnie przepłacamy. Ale satysfakcja była nawet przy wynegocjowaniu upustu w wysokości 2 zł.

Grand Palace

Grand Palace to jedna z głównych atrakcji Bangkoku. Żeby wejść do pałacu trzeba być odpowiednio ubranym. Ciężko jednak w 35 stopniowym upale ubrać się w długie ciuchy. Więc naprzeciw wychodzi rozwiązanie pt. pan pod pałacem sprzedający ubrania. Dobrze, że nie ulegliśmy jego namowie, bo zaraz po przekroczeniu bramy pałacu, było miejsce, gdzie ciuchy można było wypożyczyć na czas zwiedzania. I po co to małe kłamstewko przed wejściem? Prędzej czy później co raz mniejsza ilość osób da się nabrać na jego zapewnienia.

Stragany z jedzeniem

Straganów w Bangkoku są setki – są stragany street food’owe, z owocami, warzywami, ubraniami itp. Jedynym miejscem, gdzie ceny są raczej stałe, to street food’y. Na każdym innym stoisku cena pierwotna to cena dwu lub nawet trzykrotnie zawyżona. Azjata jak widzi turystę, to próbuje ile wlezie. A kiedy widzi, że łykasz jak pelikan, może ci nawet dać czegoś mniej niż ustaliłeś na początku transakcji. A ty zapłacisz tyle samo. Na szczęście nie z nami takie numery. Skutecznie targowaliśmy się i staraliśmy się nie być oszukiwani. Chociaż wiem, że pewnie i tak nieraz byliśmy.

Thai fashion

Wspominałam już o nim w jednym z wpisów o Bangkoku. To miejsce, gdzie twój kierowca tuk-tuka musi przyjechać (w trakcie dojazdu do celu) i poprosić cię, żebyś chociaż poudawał, że jesteś zainteresowany zakupem jakiegoś ciucha, żeby mieć z tego profity w postaci darmowego paliwa. Byliśmy w dwóch takich miejscach. O tyle, o ile w jednym pan z obsługi dał nam spokój po kilku minutach. W drugim był bardzo niegrzeczny – na finale, kiedy nic nie kupiliśmy, pożegnał nas serdecznym „don’t come back here”. Czujesz, że pani z jakiegoś butiku w galerii handlowej odpalantowałaby cię takim stwierdzeniem? Gdyby tak się stało, straciła by pewnie premię, a może nawet i pracę.

Kambodża

O ludziach z Kambodży to już w ogóle słyszeliśmy same pozytywy. Przede wszystkim dlatego, że są biedniejsi niż Tajowie. Niestety już na granicy doświadczyliśmy czegoś innego. Wiza – za ten dokument możesz zapłacić niechcący dwa razy. Pierwszy raz, kiedy skusisz się na zachęty Tajów kręcących się na granicy. Drugi raz – kiedy naprawdę powinieneś. Warto olać tych pierwszych, chyba, że nie zależy ci na 20 USD w kieszeni.

Kolejna podejrzana akcja – darmowy transport z granicy na dworzec. Byliśmy trochę zdziwieni, ale skorzystaliśmy z tej opcji. Zrozumieliśmy ten chwyt dopiero, kiedy na wspomnianym dworcu zapłaciliśmy 10 USD, żeby dojechać do Siem Reap, miejsca wypadowego do Angkor Wat. Dziwnym jest fakt, że kiedy wracaliśmy z Siem Reap do granicy, zapłaciliśmy już tylko 4 USD. Ponadto na wspomnianym dworcu jakiś naganiacz zapewnił nas, że najlepiej walutę wymienić tutaj, bo w mieście nie ma gdzie. Tutaj tylko dwukrotnie nas oszukał. Po pierwsze w mieście było miejsce do wymiany walut. Po drugie wymiana USD nie opłaciła nam się, bo waluta Kambodży jest tak słaba, że płaciliśmy nią relatywnie więcej niż byśmy płacili dolarami. Ale nie to było w Kambodży najgorsze.

Najbardziej szokującą sytuacją był nasz finał transportu w Siem Reap. Kierowca na dworcu zapewniał, że dowiezie nas do centrum Siem Reap. Niestety wysadził nas pod Siem Reap. Cały autobus był oburzony, bo nie tak się umawialiśmy. Do centrum było około 7 km. Ale nie o kilometry tu poszło. Nagle któryś z pasażerów nie wytrzymał i zaczął ostrą wymianę zdań jeden na jeden z kierowcą. Ten prawie się na niego rzucił, wykrzykując bezsensowne pytania w stylu „masz jakiś problem?”. W pewnym momencie do kłótni włączyła się też dziewczyna zbulwersowanego pasażera. Po chwili nasz kierowca na nią plunął. To było już ostre przegięcie. Oczywiście finał tej akcji był taki, że wszyscy musieliśmy iść na tuk-tuka do centrum. A wystarczyło, gdyby kierowca po prostu grzecznie przeprosił i nawet udał dla dobra sprawy, że wie, że miało być inaczej, ale nie może nas zawieźć do centrum, bo coś tam. Ale wybrał najgorsze rozwiązanie, czyli rzucenie się do klienta. A podobno to klient nasz pan.

Na szczęście oprócz tych wszystkich nieuczciwych Azjatów, spotkaliśmy się też z miłymi gestami. Gestami pomocy, uśmiechu. To strasznie dziwne uczucie, kiedy ktoś bezinteresownie uśmiecha się do ciebie w autobusie czy pomaga ci gdzieś trafić, a na straganie czy granicy znajdzie się taki jeden z drugim, który najchętniej by ci plunął w twarz za nic. Nie chcę, żebyś pomyślał, że generalizuję. To są tylko obserwacje, które kiedyś zaczęły się już w innych zakątkach świata. Weźmy na tapetę Boliwijczyków. Ok, może i nie zawsze są sympatyczni i czasem stronią od turystów, ale nigdy nie spotkaliśmy w Boliwii osoby, która za wszelką cenę chciałaby nas oszukać. Ja po prostu nie lubię łgarzy.

Mam nadzieję, że w Indonezji moje wrażenia na temat Azjatów zmienią się, z mieszanych na pozytywne. Już zaraz się o tym przekonam.