Show me your muscles!

Show me your muscles!

Zatrzymaliśmy się właśnie w „Visitor Centre” w Arches National Park. Chłopaki (po parkach podróżujemy z kolegą, który do nas doleciał) udali się do toalety, ja zajęłam ławkę i obserwowałam ludzi. Na środku placu, gdzie siedziałam znajdowała się figurka jakiejś kozicy. Mnóstwo dzieciaków tam podchodziło i rodzice robili im zdjęcia. W pewnym momencie, do figurki podbiegła mała, trzy, może czteroletnia dziewczynka. Tata zrobił jej zdjęcie i mała zaczęła biec w jego kierunku. Niestety, w pewnym momencie nóżki jej się zaplątały i upadła. Zaczęła płakać. Wtedy tata zapytał:

– Kochanie co się stało?
– Upadłam i boli mnie kolano.
– Pokaż mi to kolano… Nic się nie stało! Pokaż mi lepiej swoje bicepsy!

Wtedy mała podniosła rączki do góry i zrobiła gest siłacza. W tej samej sekundzie zapomniała też o kolanie, a tata zaczął bić jej brawo. Bardzo rozbawiła mnie ta sytuacja, a zarazem pokazała jak ważne jest budowanie własnej wartości, pewności siebie od najmłodszych lat. A pomóc w tym mogą rodzice, na przykład takimi reakcjami. Po tej dziewczynce od razu można było poznać, że jest szczęśliwa. Była uśmiechnięta, pogodna i szła z głową podniesioną do góry.

Oprócz tej sytuacji, widziałam jeszcze kilka tego typu. Na przykład, raz w motelu, przy śniadaniu, zaczął uśmiechać się do mnie mały chłopiec, obok którego siedział brat, a obok niego jeszcze jeden brat. Kiedy wszyscy trzej zaczęli się do mnie uśmiechać, mój poranek naładował się pozytywną energią. Dlaczego to robili? Bo się nie bali, byli tak nauczeni. W tych uśmiechach drzemała pewność siebie.

Innym razem, na szlaku spotkaliśmy rodzinkę z kilkuletnim synkiem. Chłopiec szedł niemały kawałek przed rodzicami. Kiedy go mijaliśmy, on pierwszy skinął do nas głową i powiedział odważnie „Hi!”. To było niesamowite.

Podczas jednego z lotów, przed nami siedziała młoda para z kilkumiesięczną dziewczynką. Kiedy pod koniec lotu, ewidentnie miała już ochotę na zabawę, zmianę otoczenia, zaczęła się do nas uśmiechać i prawie przeskoczyła siedzenie rodziców. Rodzice w tym czasie się nie denerwowali, mimo że ich ręce musiały chodzić w te i wewte. Mała była zadowolona, że może się gramolić do nas.

Żeby nie było tak, że wszyscy spotkani przez nas rodzice, to cudowne przypadki, podam ci przykład z lotniska w Denpasar. Mieliśmy tam sporo czasu po przejściu kontroli, więc usiedliśmy sobie na podłodze pod ścianą, gdzie siedziało dużo ludzi. Między innymi rodzinka z Australii – mama, tata i czworo dzieci w wieku (na oko) od 2 do 14 lat. Kiedy tylko zauważyłam najmłodszego synka, który nie mógł pobiegać, bo był, niczym pies, przywiązany taką specjalną smyczą dla dzieci, pomyślałam, że coś tu nie gra. Kiedy po trzech minutach płaczu, jego mama w końcu wpadła na pomysł, że mały ma ochotę na odpięcie, puściła go. Siedzieliśmy najbliżej, więc podbiegł do nas. Wtedy mama zaczęła go wołać, żeby wrócił. Po co? Nie mam pojęcia. Ale jej wyraz twarzy nie był zbyt serdeczny. Przecież ja się tylko uśmiechałam do jej syna. Potem, kiedy jeden ze starszych synów usiadł jej na nodze, ta prawie go zlała na oczach wszystkich. A wyraźnie młody zrobił to niechcący. Najpierw pomyślałam, że kobieta ma gorszy dzień. Ale kiedy te niesympatyczne odruchy zaczęły się powtarzać do reszty dzieciaków, stwierdziłam, że jest z nią coś nie tak. Rozumiem, że ma pod skrzydłami niezłą gromadkę, ale to nie jest usprawiedliwienie.

Po przeanalizowaniu wszystkich powyższych sytuacji, do głowy przychodzi mi wniosek – jeśli kochasz swoje dziecko, daj mu przestrzeń, wiarę i siłę. A twoja pociecha na pewno to doceni.