Rok 2016 – podsumowanie

Rok 2016 – podsumowanie

Im jestem starsza, tym bardziej pochylam się nad tym, co zrobiłam w mijającym roku. Bardziej to analizuję i staram się każdy kolejny rok wypełniać po brzegi różnymi aktywnościami, projektami, bo nie znoszę rutyny. Sporo zrobiłam w 2016, sporo też nie zrobiłam, bo się bałam, bo szukałam wymówki, odłożyłam to na kiedyś. Niech ta poniższa wyliczanka będzie potwierdzeniem równie aktywnego roku albo inspiracją-motywacją – sami wybierzcie opcję, która Was dotyczy.

Styczeń – Patagonia i Koszulkowo

Nasza wyczekiwana od lat Patagonia. Dorwaliśmy bilety w śmiesznej cenie. A jak było z tymi biletami? Piliśmy wino na Cyprze w hotelu. Internet rwało strasznie, ale jak tylko zobaczyliśmy wpis z fly4free – Patagonia za 900 zł (tam i z powrotem oczywiście), nie mogliśmy przepuścić takiej okazji. I tak, na ledwo działającej, otwartej (sic!) sieci kupiliśmy wymarzony kierunek. Na cudną Patagonię mieliśmy dosłownie 6 dni, ale zobaczyliśmy to, co w tym regionie najpiękniejsze – Fitz Roy’a, Cerro Torre, lodowiec Perito Moreno i Torres del Paine.

W styczniu oprócz wyjazdu do Patagonii, wcieliliśmy w życie również projekt pt. koszulki podróżnicze, które chodziły za nami od dawna. Mieliśmy pomysły na wzory, dogadaliśmy się z firmą sprzedającą koszulki – Koszulkowo i poszło w świat. I tak od stycznia 2016 jesteśmy autorami tej sekcji – Gapię Na Mapę – Koszulkowo

A skoro o ciuchach mowa, to jeszcze jeden projekt miał miejsce w styczniu. Projekt pt. spodnie podróżnicze – nasze autorskie, zaprojektowane w naszych głowach od dawna – ładnie skrojone, nieworkowate jak wszystkie spodnie trekkingowe. Takie pod nas uszyte i pod takich jak my, czyli wygodne i wyglądające. Kiedyś będziemy producentami takich spodni. Tylko jeszcze trochę musimy się nauczyć i potestować.

Luty – szykujemy się na zorzę

Jeszcze przed wylotem do Patagonii Maciek kupił bilety do Reykjaviku na marzec – przedłużony weekend, 4 dni. Cel nadrzędny – zobaczyć zorzę. Prawdopodobieństwo, że ją zobaczymy, z uwagi na ilość dni – niska. To nic, lecimy tak czy siak. Najwyżej zwiedzimy południe Islandii, a po zorzę wrócimy innym razem.

Marzec – Islandia

Zorza jednak okazała się dla nas łaskawa. Widzieliśmy ją! Ostatniej nocy pokazała się na niebie ta kosmiczna gra kolorów. Maciek stał jak wryty. Marzył o zorzy długo. To zdecydowanie jego ulubione zjawisko. Fotografował ją z każdej możliwej strony, ja w rękawiczkach czułam mrozisko (było -7 stopni), a on bez rękawiczek sprawnie ustawiał statyw, a na nim lustrzankę. Uwielbiam patrzeć jak spełnia te swoje małe marzenia. Podobnie było, kiedy pierwszy raz byliśmy w NYC. To ta sama mina, ten sam błysk w oku, mówiący – I did it.

Marzec to również Festiwal Kultur i Podróży ToTuToTam, którego byliśmy współorganizatorami. Pierwszy raz udało nam się pozyskać fundusze na podróżnicze przedsięwzięcie. Naszym sponsorem został Pasztet Białostocki, a nasza aukcja i cała ta historia o „pasztecie za pół tysiąca” długo za nami chodziła. To było super doświadczenie.

Kwiecień – Malta

To był spontan. Siedzę w pracy, dzwoni Maciek: Kochanie, Malta tanio z Gdańska, kiedy lecimy, kwiecień? Ja: Pewnie! Maciek: Bierzemy rodziców? Ja: Pewnie! I tak polecieliśmy w rodzinnym składzie na Maltę. Zjechaliśmy całą wyspę. Malta zachwyciła nas nie tylko naturą, ale przede wszystkim tym, że jest tam kawał historii i to starożytnej. Świątynie Malty powstały długo przed piramidami w Egipcie.

Maj – robimy 50-70 km rowerem

W maju wymyśliliśmy sobie letni challenge pt. rowerem 100 km. Marzyła nam się trasa Green Velo z Białegostoku do Augustowa. Zaczęliśmy trenować, pokonując na starcie 50, potem 60-70 km. Jeździliśmy po naszym pięknym Podlasiu.

Czerwiec – pęka 100 km na gapiowym rowerze

Przyszedł czerwiec. Stwierdziliśmy, że tuż przed końcem roku szkolnego będzie najlepiej wyruszyć w tą naszą pierwszą rowerową setkę. Tydzień przed zaczęliśmy sprawdzać pogodę i ciągle mieliśmy nadzieję, że będzie dobra, czyli nie będzie padać i nie będzie upalnie. Kiedy otworzyliśmy oczy w umówioną sobotę, niebo całe było zasnute chmurami. Niezła pokusa, żeby jednak nie wsiąść na nasze kochane jednoślady. Ale nie było mowy. Pojechaliśmy. Łatwo nie było, ale udało się – pękło 100 km i to jeszcze takim odcinkiem Green Velo – przez (między innymi) Biebrzański Park Narodowy.

Lipiec – pęka kolejne 100 km na gapiowym rowerze

Apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc na jednej rowerowej setce nie chcieliśmy kończyć tego sezonu. I tak wymyśliliśmy kolejną – tym razem do Łomży, również 100 km. Trasa też bardzo ładna, może nie aż tak jak augustowska, ale również warta zmęczenia nóg. Dojechaliśmy tym razem także. Euforia po drugiej rowerowej setce jest tym większa, że wiesz, że to już druga setka.

Sierpień – Spitsbergen

W związku z tym, że Maćka ciągnie do zimna, nawet latem, to udał się właśnie w środku lata na północny kraniec świata, na Spitsbergen. Ja się cieszyłam polskimi upałami, a Maciek chłodził się w temperaturach bliskich zeru. Ale za to w jednym roku był w mieście najbardziej wysuniętym na południe (Ushuaia) i na północ (Longyearbyen). A do tego widział wieloryba, pływał kajakiem między fiordami, doświadczył dnia polarnego i mógł wypić piwko w najbardziej wysuniętym mieście na północ.

Wrzesień – Namibia

Namibią zainteresowaliśmy się po prezentacji Arkadego Pawła Fiedlera, który przejechał Afrykę wzdłuż i bardzo dobrze mówił o Namibii, o tym jak ciekawe jest pokonywanie kilometrów autem właśnie tam. Do Namibii polecieliśmy we czwórkę, z moimi dwiema koleżankami, dlatego Maciek miał niezły babiniec przez trzy tygodnie. Dzielnie wytrzymał i genialnie sprawdził się w roli opiekuna-przewodnika. Byliśmy na najstarszej pustyni świata – Pustyni Namib, przejechaliśmy prawie 3000 km, spaliśmy pod namiotami, spotkaliśmy się z plemieniem Himba. To była dobra przygoda.

Październik – opowiadamy o Namibii znajomym

Wróciliśmy z Namibii z głową pełną wrażeń, a afrykańskie rytmy ciągle grały nam w głowach. Wtedy też wymyśliliśmy sobie, że chcemy nie tylko opowiedzieć o Namibii, ale też dać się ludziom ponieść rytmom afrykańskim. Afryka zdecydowanie zasługuje na miano muzycznego kontynentu nr 1.

Listopad – spotkanie podróżnicze – Afro chats&beats

Udało się. Zorganizowaliśmy nasze pierwsze, w pełni autorskie spotkanie podróżnicze – Afro chats&beats. Piękno Namibii pokazaliśmy uczestnikom na zdjęciach, a potem puściliśmy naszą afrykańską playlistę, którą udało nam się skompletować wertując Internety na lewo i prawo. Jesteśmy bardzo zadowoleni z tego spotkania. Już mamy w głowie następne połączone z tanecznym afterem.

Grudzień – zamykamy rok we Lwowie

W tym roku będziemy odliczać do północy po ukraińsku. Na Sylwestra wybieramy się do Lwowa. To będzie nasz pierwszy wyjazd na „Bliski Wschód”. Super.

Rok 2016 był rewelacyjny pod względem każdej podróży i wyzwań, które sobie postawiliśmy. Dwa najważniejsze momenty to dla mnie Patagonia i 100 km rowerem. Moje baterie ładują się tylko w podróży i przy osiąganiu rzeczy tzw. niemożliwych (oczywiście w subiektywnym tego słowa znaczeniu, bo czym jest 100 km rowerem dla zawodowego kolarza). I z takimi życzeniami chciałabym Was zostawić – w nadchodzącym 2017 czerpcie z życia ile się da i zmieniajcie czasem szerokość geograficzną, bo dobrze odświeża głowę i świetnie ładuje baterie. Tylko niech etat nie będzie Waszą wymówką, też go mam.

Najlepszego!