Gapię Na Mapę na tango!

Gapię Na Mapę na tango!

Po zjedzonym steak’u, wypitej yerba mate, przyszedł czas na wyzwanie numer trzy, czyli argentyńskie tango. Być w Buenos Aires i nie zatańczyć tango to grzech, dlatego podjęliśmy się również tego zadania. Zgooglowaliśmy szkoły tańca w Buenos Aires. Oczywiście jest ich mnóstwo. Kiedy zawęziliśmy listę do dwóch, okazało się, że jedna jest dwa razy droższa od drugiej, więc finalna decyzja była już prosta.

Szkoła, do której się udaliśmy, mieści się w dzielnicy Palermo. Nie jest w żaden sposób oznakowana, dlatego trzeba szukać po numerach budynku. Kiedy tam dotarliśmy, zastaliśmy Argentyńczyka, który ku naszemu zdziwieniu, nie wyglądał jak Argentyńczyk. Stanął przed nami ciemny blondyn, który równie dobrze mógłby powiedzieć, że jest z Polski. Ale zaryzykowaliśmy i umówiliśmy się na lekcję do Christian’a – tak miał na imię.

Lekcja zaczęła się krokiem podstawowym, który szybko ogarnęliśmy. Podobnie poszło nam z drugim. Trzymaliśmy ramę i pląsaliśmy żwawo po parkiecie. Schody pojawiły się, kiedy nasz instruktor pokazał nam krok trzeci i czwarty – ocieranie nóg partnera przez partnerkę i zarzucanie nogi za udo partnera. Christian tłumaczył to wszystko z wielką pasją, a ja czułam, że to nie moja bajka. Robiłam to tak pokracznie, że został mi już tylko śmiech, więc zaczęłam się śmiać.

Potem przyszedł moment, kiedy nasz nauczyciel wyjaśnił nam, że tango to taniec, w którym się nie liczy do muzyki. Wtedy zrozumiałam, dlaczego mi nie idzie. Wychowana na hip-hopie i salsie od zawsze myślałam, że każdy taniec opiera się przede wszystkim na liczeniu. W tango liczenie nie istnieje. Moja pierwsza myśl zatem była taka, że skoro w tango nie trzeba liczyć, to po co komu muzyka do tego tańca?

Na szczęście dzięki temu, że tango to taniec chodzony, a nie liczony, powstały takie utwory, w których główną nutą jest zupełnie inny rodzaj muzyki. My mieliśmy akurat okazję posłuchać „hip-hopowego tanga”. Kiedy nasz instruktor puścił nam jeden z takich zmiksowanych kawałków, na chwilę polubiłam tango. Ale gdybym usłyszała to gdzieś na imprezie, moje nogi na pewno zaczęłyby tańczyć hip-hop.

Ewidentnie do tanga nie zostałam stworzona, ale bardzo się cieszę, że miałam okazję spróbować swoich sił i to jeszcze w takim miejscu. Poza tym utwierdziłam się w przekonaniu, że ruszać się, to ja potrafię tylko przy czarnym lub kubańskim bicie.

Najlepiej jednak naszą lekcję podsumował Maciek, który stwierdził, że tango mu się nawet podoba, bo właśnie nie trzeba tu niczego liczyć.

Jak widać, tango może dać radość, nawet jeśli taniec nie zajmuje najwyższej półki wśród twoich zainteresowań lub po prostu go nie czujesz. Jeśli będziesz kiedykolwiek w Buenos Aires, idź na jedną lekcję – dla sprawdzenia siebie, dla śmiechu, dla towarzystwa. Może tak jak nasz instruktor, usłyszysz jeden argentyński bit i się zakochasz w tym tańcu. A może po prostu będziesz miał wesoły wieczór. Poza tym, pójść i zobaczyć występ tango to nie to samo, co samodzielnie podjąć się tego wyzwania. Podobno tango nie ma żadnych granic wiekowych, zatem sprawdź.

Satysfakcja gwarantowana.