Chile na plus

Chile na plus

Chile, z krajów Ameryki Południowej, nigdy nie było na mojej liście top 3. Od zawsze królowała tam Argentyna. Może jedynie o Torres del Paine myślałam jako o miejscu, które chcę w Chile zobaczyć. Tak czy siak bardzo się cieszę, że to najdłuższe państwo świata znalazło się na naszej liście.

W Chile spędziliśmy dokładnie tydzień. W tym czasie odwiedziliśmy Atakamę i Santiago. Po drodze mieliśmy mnóstwo różnych przygód. Zaczęło się bardzo dobrze już w pierwszym autobusie, kiedy jeden z pasażerów chciał mnie poczęstować swoją kanapką, wiedząc, że jestem bez śniadania. Zaraz potem okradziono nas w autobusie. Później, jedna z kobiet spotkana przypadkiem, pomogła nam na policji, w kwestii skradzionego aparatu i zaoferowała nocleg w swoim hostelu, kiedy nie mieliśmy akurat nic zarezerwowanego. Po drodze było jeszcze moje wpadnięcie do rzeki w jedynych butach, które mam. Kolejno, w przesiadkowej miejscowości – La Serena, gdzie mogliśmy chwilę poplażować, pogoda była jak pod psem. Skończywszy na Santiago, które minęło w świetnej atmosferze.

To, co tworzy dobrą atmosferę miejsca to przede wszystkim ludzie, ale i też warunki w jakich śpisz. I nie mam tu na myśli hotelu pięciogwiazdkowego, bo w takim nie spaliśmy nigdy, ale chodzi o to, żeby nie było brudno, głośno i śmierdząco. A niestety kilkakrotnie podczas tej podróży mieliśmy okazję doświadczyć takich przyjemności. Więc po dwóch i pół miesiąca w drodze, chcieliśmy po prostu odpocząć od syfku. I udało się, zarówno w kwestii mieszkaniowej i atmosfery.

W Santiago nocowaliśmy za pośrednictwem Couchsurfing’u u chilijskiej pary. Pamela i Victor mieszkają na 16 piętrze, w bardzo spokojnej dzielnicy, w przyjemnym mieszkaniu. Dodatkowo z balkonu mają widok na miasto i Andy w tle. Spędziliśmy z nimi dwa miłe wieczory przy chilijskim winie. Pierwszego – my zrobiliśmy kolację, drugiego oni.

W ciągu dnia zwiedzaliśmy Santiago, ale jak tylko zorientowaliśmy się, że miasto nie ma nic ciekawego do zaoferowania, chętniej wracaliśmy do mieszkania niż je opuszczaliśmy. Możesz stwierdzić, że słaby ze mnie podróżnik. Możesz powiedzieć, że nie znam się głosząc, że w Santiago nie ma czego zwiedzać. Ale takie wrażenie zrobiło na mnie to miasto, które składa się tylko z budynków, street art’u i sklepów ze wszystkim, czego dusza zapragnie. Mimo wszystko zapamiętam to miasto bardzo dobrze.

Podejrzewam, że gdybyśmy spali w syfiastym hotelu, z klubem za rogiem i imprezą za ścianą do piątej nad ranem, Santiago nie wywarłoby na nas pozytywnego wrażenia. O kradzieży w Calamie też zapomnieliśmy szybko, dzięki dobrym ludziom, którzy nam pomogli.

Mimo, że Chile było przeplatanką różnych historii, niekoniecznie tych z pomyślnym zakończeniem, będę je wspominać pozytywnie.

Śmiało mogę stwierdzić, że to przede wszystkim zasługa ludzi, których spotkaliśmy. Oczywiście tych z dobrym serduchem. Bo, kiedy wspominam tego, który nas okradł, to do dziś nie mogę zrozumieć, gdzie i kiedy umarło jego sumienie.