Szósta historia – twoje miejsce

Szósta historia – twoje miejsce

To był długi dzień w San Francisco. Zaczęliśmy go od spaceru na wzgórza Twin Peaks, żeby zobaczyć panoramę miasta. Następnie dostaliśmy się nad ocean i spacerowaliśmy wybrzeżem, aż dotarliśmy pod most Golden Gate. Potem był około dwukilometrowy spacer mostem na drugą stronę zatoki. Po całym dniu chodzenia byliśmy zmęczeni. Chcieliśmy wrócić autobusem. W promieniu kilku kolejnych kilometrów nie było jednak widać żadnego przystanku. Zauważyliśmy jednak punkt widokowy, przy którym stały zaparkowane samochody i turystyczne autobusy. Mieliśmy ogromną nadzieję, że ktoś nas podwiezie do San Francisco. Zapytałem więc pierwszego kierowcę:

– Przepraszam, czy jedzie Pan do San Francisco?

– Tak, najpierw jedziemy do Sausalito, i potem do San Francisco. Skąd jesteś?

– Z Polski.

– Dzień dobry! – powiedział po polsku.

Igor miał około 70 lat i pochodził z Mołdawii. Zapytałem, czy możemy się z nim zabrać. Na szczęście się zgodził. Dodał, że podrzuci nas na stację kolejki. Zapytałem ile kosztuje bilet. Z uśmiechem stwierdził, że podwiezie nas za darmo. Jakieś 20 minut po tym jak ruszyliśmy, tuż po przejechaniu mostu, zatrzymał się i zakomunikował, że to ostatni przystanek i że dalej nie jedzie. Wszyscy wysiedli. Nie wiedzieliśmy do końca czy mamy zostać, czy zmienił zdanie i faktycznie dalej nie jedzie. Kiedy wstałem, żeby zapytać, powiedział żebym usiadł.

– Skończyłem pracę na dziś. Wystarczy mi już turystów. Wy możecie zostać. Tak, jak obiecałem, podwiozę was do kolejki.

Mieliśmy więc prywatny przejazd turystycznym autobusem przez most Golden Gate i centrum San Francisco.

Kiedyś usłyszałem, że Stany Zjednoczone to druga ojczyzna każdego człowieka na świecie. Trochę nad tym myślałem. To kraj imigrantów, którego wartość została zbudowana na wolności i otwartości. Igor zdecydował się na przeprowadzkę do USA 20 lat temu. Był wtedy około pięćdziesiątki. To dość późny wiek na tak odważny ruch, jednak kierował się dobrem własnych dzieci. Chciał zabrać swoich dwóch synów z Mołdawii i dać im szansę na lepszą przyszłość. Dziś obydwaj są menedżerami wyższego stopnia w firmach IT w Dolinie Krzemowej.

Dlaczego wybrał San Francisco? Nie wybrał. To był przypadek. Chciał osiedlić się w Nowym Jorku i tam początkowo poleciał. Służby imigracyjne w USA postawiły mu jednak warunek. Jeśli chce pracować, musi udać się na zachodnie wybrzeże. Jeśli się nie zgadza, musi wrócić do Mołdawii. Zaakceptował bilet do „Miasta nad zatoką”.

Igor ma już amerykańskie obywatelstwo. Jest już na emeryturze. Dalej jednak pracuje. Codziennie po 12 godzin prowadzi turystyczne autobusy i opowiada o atrakcjach San Francisco. Nie jeździ do Mołdawii i nie czuje się już Mołdawianinem. Powiedział, że jest Amerykaninem. Czuje się tak przede wszystkim dlatego, że właśnie to państwo pozwoliło mu coś osiągnąć.

Podczas jazdy autobusem wspominał polskie filmy i nawet zapytał o Marylę Rodowicz. Widać było to głębokie poczucie bycia „ze wschodu”. Pewnie też dlatego, z sentymentu, zdecydował się nas podwieźć inną trasą, po godzinach i za darmo. Mimo, że już nie czuje się Mołdawianinem, ta krew w nim płynie i tego nie da się zmienić.

Można jednak świadomie wybrać miejsce i żyć tam, gdzie wartości takie jak twoje są powszechnie akceptowane. Igor ma bardzo liberalne poglądy zarówno w zakresie polityki jak i gospodarki. Takie właśnie bardzo długo były Stany Zjednoczone. Mimo, że teraz to się trochę zmienia, wciąż z dumą mówi o tym, że w szufladzie w domu ma amerykański paszport.

Niekoniecznie miejsce, gdzie się urodziłeś musi być twoim miejscem. Często trzeba go długo szukać. Jedyna opcja, żeby je znaleźć, to zacząć podróżować.

  • Martino

    No właśnie. Ciekawa sprawa. Być u siebie i walczyć o modernizację tej większej i mniejszej Ojczyzny, czy zadbać głównie o siebie bądź swoje dzieci? Zresztą na marginesie, bardzo ciekawa historia.

    • Martino, emigracja nie musi być porzuceniem, jak to czasem się mówi :)

  • O.

    Ten Pan nie tylko zadbał o swoje dzieci, ale także i o siebie. I wg niektóych może taki czyn jest tchórzostwem, wszak, jak Martino napisał – czy walczyć o modernizację tego, skąd jesteś, czy szukać szczęścia gdzie indziej? To na pewno indywidualna sprawa, ale chyba najważniejsze jest, by nie dać sobie wmówić, co jest dla nas najlepsze. Nawet jeśli sami nie jesteśmy pewni, zawsze możemy spróbować, bo czasem nawet gdy wydaje się że jest już za późno, to i tak możemy dowiedzieć się, że nasze serce leży gdzie indziej niż byśmy się spodziewali. I wtedy walczyć, by to serce było szczęśliwe. Póki mamy siły! A jak widać może się to zdarzyć nawet po pięćdziesiątce :)

    • O. dzięki za dobry komentarz! Zgadzam się z Tobą :)

  • Lutka

    Pasuje mi tu bardzo to co dziś przeczytałam „od czasu do czasu dobrze jest sobie zrobić przerwę w poszukiwaniu szczęścia i po prostu BYĆ SZCZĘŚLIWYM”

    • Tak najlepiej – jeśli tylko wie się jak, najlepiej zacząć od razu i nie przestawać :)