Ósma historia – pucybut z Cusco

Ósma historia – pucybut z Cusco

To był słoneczny poranek w Cusco. Przechadzaliśmy się ulicami tego andyjskiego, klimatycznego miasteczka. Na chwilę zatrzymaliśmy się na jednym z placów. Usiedliśmy na ławce. Dookoła, na innych ławkach siedzieli głównie Peruwiańczycy. Dwóm z nich pucybuci czyścili obuwie. Maciek zauważył, że jeden z nich właśnie kończy swoją usługę. Zaproponował, żebym z nim porozmawiała. Najpierw pomyślałam – przecież mój hiszpański nie udźwignie jego szybkiej i niewyraźnej wymowy. Ale zaraz potem przyszła myśl – dlaczego mam tego nie zrobić, najwyżej czegoś nie zrozumiem i poproszę o powtórzenie. Maciek dopingował mi od początku. I tak powstała historia ósma. Historia uśmiechniętego pucybuta, imieniem Florentino.

Kiedy podeszłam do niego zapytać, czy poświęci nam chwilę, z uśmiechem i ochotą odparł, że nie ma sprawy.

Florentino jest pucybutem i pracuje około sześć godzin dziennie, w ciągu których ma około trzydziestu zleceń. Każde z nich jest warte 1 SOL! (czyli mniej więcej 1,1 PLN). Najwięcej klientów ma o poranku, ponieważ mieszkańcy chętnie czyszczą buty przed pracą. Florentino wykonuje swój zawód od ponad czterdziestu lat. Każdą wolną chwilę, po pracy, poświęca rodzinie i fotografii. To ona przynosi mu drugie źródło dochodu, ponieważ z jego pierwszego fachu niestety nie ma kokosów i nie wystarcza mu na utrzymanie rodziny. Kiedy zapytałam go, czy lubi swoją pracę, na jego twarzy pojawił się promienny uśmiech. Mówił to z pełnym przekonaniem. Nie wstydził się tego, wręcz przeciwnie – był dumny. Poza tym, od lat ma problem z kolanem, dlatego nie może, a właściwie już i nie chce zmieniać pracy. Jego sprzęt, czyli podnóżek kosztują około 50 SOL (55 PLN). Musi go wymieniać co kilka lat. Co kilka dni zaś, Florentino wymienia pasty. Ma ich kilka rodzajów, głównie do ciemnego obuwia.

Jego praca to nie tylko podnóżek, buty i kawałek szmatki. To również codziennie rozmowy z mieszkańcami. Poznawanie ich historii życiowych, problemów czy uciech. Florentino twierdzi, że nigdy nie czuł się gorszy od swoich klientów. On jest pucybutem i to jest zawód jak każdy inny.

Na koniec zapytałam Florentino, czy mogę zrobić mu zdjęcie. Poprawił szybko koszulę i powiedział z uśmiechem – pewnie, że tak. Po czym zaczął pozować niczym prawdziwy celebryta. Potem zapytał, ile wart jest nasz aparat, bo chętnie by go od nas odkupił. Oczywiście to był żart.

Nigdy nie przypuszczałam, że spotkam pucybuta, który w taki sposób opowie mi o swoim zawodzie, o swoim sposobie na życie. Zawód pucybuta, większości z nas, kojarzy się z nie cieszącym się zbyt dużym szacunkiem fachem. W biednych krajach, takich jak Peru czy Boliwia to sposób na bezrobocie. Sama ikona zawodu, czyli pochylenie się do stóp drugiego człowieka jest widziana jako upokorzenie. A tutaj proszę, Florentino, pucybut, który nie ma żadnego problemu ze swoją robotą i tego jak jest postrzegany przez ogół. Mało tego, na jego twarzy rysuje się uśmiech, pewność siebie i duma.

Być może pogoda ducha Florentino wzięła się z powiedzenia „od pucybuta do milionera”. To w końcu synonim początku drogi w przedsiębiorczości. A może wcale nie stąd. A po prostu z jego podejścia do życia. Tak czy siak, wyglądał na szczęśliwego. A chyba o to w życiu chodzi. Nie zawsze o kasę, a o uśmiech każdego dnia.