Dziesiąta historia – historia człowieka, który nas nie widział

Dziesiąta historia – historia człowieka, który nas nie widział

Historia człowieka, który nas nie widział, ale zmienił wagon metra w ciepły dom.

Pogodny dzień w Buenos Aires. Pobudka, szybkie śniadanie i mapa w rękę. Trzeba było ustalić plan dnia. Wybrane kilka stacji metra, punkty transferowe, a między nimi czas na bezstresowe pobłądzenie po mieście. Zaczęliśmy więc od spaceru do najbliższej stacji metra.

Metro jak metro. Sporo ludzi, choć nie było tłumu, bo poranny szał podróży do pracy już minął. Tak więc bez tłoku czekaliśmy na pociąg. W pociągu miejsca siedzącego już nie mieliśmy, ale oddychało się swobodnie. Minęła pierwsza stacja, minęła druga. Metro ma to do siebie, że zmusza do obserwacji. Za oknem raczej nie ma widoków. Jeśli więc nie chcesz, żeby było to kolejne miejsce, gdzie patrzysz w wyświetlacz komórki albo tabletu, to możesz albo czytać książkę, albo patrzeć na ludzi. Patrzysz, myślisz. Ciekawe gdzie jedzie ten człowiek, co robi czy jest szczęśliwy, o czym myśli. Kiedy tak zastanawiałem się nad sensem czyjegoś istnienia, pociąg dość gwałtownie się zatrzymał. Może mi się wydawało, że gwałtownie, bo na chwilę odpłynąłem w myślach. To była stacja. Na tej stacji, wśród kilkudziesięciu innych ludzi, wsiadł do metra mężczyzna.

Był sam. Miał tylko gitarę. Nieśmiało przeciskał się między ludźmi, aż znalazł odrobinę miejsca, żeby pewnie stanąć. Pociąg ruszył. Zachwiało nim, nie miał się czego złapać. Nie mógł się złapać bo kurczowo trzymał gitarę, jakby była dla niego najcenniejszą na świecie rzeczą. Kiedy pociąg zaczął gładko poruszać się po szynach, mężczyzna zmienił chwyt gitary i zaczął grać. Po chwili zaczął też śpiewać. W takich momentach działa pewna magia. Rzeczywistość się zmienia. W pociągu nie słychać jedynie szumu i trzasku szyn. W tym mega-cywilizowanym, anonimowym i przypadkowym miejscu, rozbrzmiewa czyjś głos. Nie mówi „proszę odsunąć się od krawędzi peronu”. Jest to głos będący uzewnętrznieniem czyichś uczuć. W tym metalowo-betonowym, anonimowym miejscu.

Wszyscy na niego patrzyli, jakby był wyjątkowym artystą. Był wyjątkowym artystą. Na twarzach ludzi widać było różne emocje. Na niektórych litość, na innych smutek. Na niektórych skupienie. Twarzy obojętnych było bardzo mało.

Mężczyzna śpiewał po hiszpańsku. Mój umysł mało rozumiał, moje serce bardzo. Zrozumiałem tylko kilka słów „la gente pase i pase”, czyli „ludzie (mnie) mijają i mijają”. Te słowa w metrze brzmią szczególnie. W metrze, gdzie każdy pędzi i nikt nikogo nie zna. W miejscu, które jest mocno pozbawione emocji.

Nie wiem nic o tym człowieku. Wiem tylko, że przez jego śpiew było mi ciężko przełykać ślinę i powstrzymać oczy od łez. Ten człowiek zrobił coś niebywałego. Zamienił blaszane metro w dom, gdzie jest dużo ciepła i uczucia.

Mimo, że nic o nim nie wiem, podziwiam go. Podziwiam za odwagę. Za to, że ma siłę, aby codziennie bez niczyjej pomocy wchodzić do metra i dawać ludziom trochę ciepła. Podziwiam za to, że się uśmiechał.

Na koniec dostał gromkie brawa od całego wagonu, a ludzie nie szczędzili pieniędzy.

Ten człowiek był ślepy. Szkoda, że nas nie widział.

  • O.

    Widział, widział.
    Najważniejsze rzeczy w życiu widzimy sercem. :)